czwartek, 29 grudnia 2011

Sara Shepard "Pretty Little Liars. Kłamczuchy"



"Trzy osoby mogą dochować tajemnicy, jeśli dwie z nich nie żyją."

Sara Shepard jako nastolatka chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Inspiracją bestsellerowych powieści z serii Pretty Little Liars oraz The Lying Game stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych, co musi dowodzić, że kobieta miała naprawdę niesamowite życie, którego ja nie potrafię sobie wyobrazić. Bo to, co spotyka bohaterki zarówno jednej, jak i drugiej serii powoduje, że szczęka opada.

Alison była idealna. Kiedy z nimi rozmawiała, czuły, że są kimś. Była gwiazdą. Przyjaźniły się. Lecz pewnego dnia zaginęła, a drogi pozostałych się rozeszły.

Lecz trzy lata później Emily, Spencer, Aria i Hanna, zaczynają otrzymywać niepokojące wiadomości od A. Ktoś zna ich sekrety, które nie miały prawa ujrzeć światła dziennego, bowiem wiedziała o nich tylko Ali, a przecież jej już nie ma. Pogrzebały je wraz z nią. Jak wiele są teraz w stanie poświęcić, by prawda nie wyszła na jaw?

Aria wraca z Islandii. nie czuje się z tego powodu najlepiej. Wyjechała wraz z rodzicami tuż po zaginięciu Alison. I tuż po tym, jak Aria odkryła sekret taty. Czy po powrocie rodzice wciąż będą się kochać? A może tata odejdzie? Poza tym, w Rosewood była tylko koleżanką Ali. Nie chce znowu być tą dziewczyną. W barze poznaje pewnego niesamowicie przystojnego i pociągającego mężczyznę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Ezra nie był nauczycielem literatury. Jej nauczycielem.

Emily jest inna i zawsze taka była. Kochała Alison, ale nie jako przyjaciółkę. I czuje się winna. Powierzyła jej swój sekret. Tylko czy go dochowała? Myślała, że wszystko poszło w niepamięć, wraz z zniknięciem Ali, jednak gdy poznaje Maię, przestaje być tego pewna.

Spencer musi być perfekcyjnie perfekcyjna. To jej życiowy cel. Jeden z najważniejszych. Ten drugi to bycie lepszym od Melissy, jej starszej siostry. Kiedy w siódmej klasie całowała się z jej chłopakiem, nie widziała w tym nic złego. Jednak Ali tak nie uważała. Ale teraz jej już nie ma. Ciekawe, kto dowie się o kolejnym pocałunku.

Hanna była zawsze wyrzutkiem. Kiedy Ali zniknęła, dziewczyna postanowiła rozpocząć całkiem nowe życie. Schudła, stała się popularna, ma świetnego chłopaka. Ale Alison znała jej wstydliwy sekret. Myślała, że już z tym skończyła, że problem zniknął. Czyżby jednak tak nie było?

Znacie Plotkarę? Tak, tę dziewczynę, która opisuje życie Manhattańskiej elity na blogu? Od niedawna ma konkurencję. A. też wie wszystko, ale nikt nie wie, kim jest on/ona i kontaktuje się z nami, pozostawiając tropy, które jednak ostatecznie i tak prowadzą do nikąd. Jak w zabawie w kotka i myszkę.

A. jest mściwa, bezlitosna i nie ma skrupułów. A może to on? No właśnie, kim właściwie jest? Po każdym liściku, emailu, czy SMS'ie utwierdzamy się w przekonaniu, że to Alison. Czyżby wciąż obserwowała dawne przyjaciółki i chciała się zemścić? Ale przecież ona nie żyje! Może to jej duch wysyła im wiadomości zza grobu? Nie, raczej nie. Więc kim jest A.? Czyżby ktoś jeszcze znał sekrety dziewczyn i nie omieszkał wykorzystać ich do osiągnięcia własnych celów?

To naprawdę niesamowita książka! Polubiłam przygody czterech przyjaciółek i jestem niezmiernie ciekawa ich dalszych przygód. Autorka ma niesamowity styl i dar tworzenia tajemniczej atmosfery. Książka strasznie mi się spodobała i nie mogę się doczekać kolejnej części!

Postacie, które stworzyła pani Shepard są tak realistyczne, że miałam wrażenie, że stoją obok mnie. Chętnie zaprzyjaźniłabym się z nimi, nawet z wredną Alison. Ba! Właściwie, to ją polubiłam najbardziej. Każda z dziewczyn ma niepowtarzalny charakter, a jej osobowość czymś się wyróżnia.

Seria ma wielu fanów, więc nic dziwnego, że na jej podstawie nakręcono serial, który (przynajmniej na początku) trzyma się powieści bardziej, niż np. ten nakręcony na podstawie "Pamiętników Wampirów".

Ta książka jest niesamowita i z wielką chęcią poznam dalsze losy Emily, Arii, Spencer i Hanny. Oraz oczywiście dowiem się, kim jest A.! Książka oczarowała mnie i nie daje o sobie zapomnieć! Od razu wskoczyła na listę ulubionych!

9/10

Dla zainteresowanych
Tytuły kolejnych części serii:
Bez Skazy
Doskonałe
Niewiarygodne
Zepsute

A także recenzja dodana wcześniej, czyli "GONE. Zniknęli. Faza pierwsza: Niepokój" <KLIK> .

wtorek, 27 grudnia 2011

Kerstin Gier "Błękit Szafiru"



"Kruk, na skrzydłach z rubinu niesiony"

Któż z Nas nie chciałby podróżować w czasie? Móc zobaczyć te wszystkie wspaniałe epoki i uczestniczyć w tych wspaniałych historycznych wydarzeniach - marzenie niejednego człowieka. Ale Gwendolyn może. Ma niesamowity dar. Ale podróże w czasie nie wiążą się z samymi przyjemnościami - mają one też swoje konsekwencje i wiążą ze sobą wiele niedogodności i wyrzeczeń.

Kerstin Gier to niemiecka pisarka znana z takich powieści jak "Z deszczu pod rynnę", czy też bijącej rekordy popularności Trylogii Czasu. Po niesamowitej "Czerwieni Rubinu", przyszła pora na drugą część tej niesamowitej historii zatytułowanej "Błękit Szafiru".

"Czerwień Rubinu" to pierwsza część przygód Gwendolyn, młodej podróżniczki w czasie. Była niesamowita, prawda? Ten styl, poczucie humoru, dialogi - lista jej zalet nie ma końca. Mogłabym tak wymieniać przez całą wieczność. A jakie są moje odczucia, co do kolejnej części? Czy spełniła moje oczekiwania? Czy sprostała wymaganiom postawionym po fascynującej poprzedniczce?

Gwendolyn i Gideon właśnie wrócili z początku XX wieku. I nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie to, że przeskok w czasie ma miejsce w konfesjonale, a oni są kompletnie zapatrzeni w siebie.

Wciąż jednak wszystko pozostaje skomplikowane. Czy rzeczywiście Lucy i Paul są przestępcami? A może to Strażnicy ślepo ufają hrabiemu de Saint Germain? Tylko Gwendolyn zdaje się mieć wątpliwości. Wszyscy zdają się uważać ją za zdrajczynię i traktują ją z rezerwą. W dodatku jej serce szaleje, co wcale nie sprzyja sytuacji, bowiem uczucia często przeszkadzają w podróżach w czasie i chodzeniu na osiemnastowieczne soiree. W dodatku przyczepił się do niej duch demona, imieniem Xemerius, który jest dość uporczywy i ciężki do zbycia. Czy życie może być jeszcze bardziej skomplikowane?

Niesamowita kreacja postaci - bohaterowie są wręcz niezwykle niezwykli. Gwendolyn to wrażliwa, pełna humoru dziewczyna, a jednocześnie zwykła nastolatka. Czytanie jej przygód jest niesamowitą przyjemnością. Jednak to nie główna postać jest najciekawsza. Poboczni bohaterowie są równie interesujący i warci uwagi. Najlepsza przyjaciółka Gwendolyn, Leslie, to dziewczyna, która wręcz kipi wigorem! Gdy ona wkracza do akcji, zawsze jest zabawnie. Xemerius zaś, to postać stworzona, by czytelnik szczerzył się do kawałka papieru, jak głupi do sera. Ponieważ widzi go tylko Gwendolyn, to właśnie z jego udziałem powstają jedne z najbardziej zabawnych i interesujących sytuacji. Zaś hrabię de Saint Germain, gdy tylko się pojawia, mam ochotę go udusić. Niesamowicie działa mi na nerwy, jednak go uwielbiam i nie mogę wyjść z podziwu, jak autorka mogła go stworzyć tak wrednego, dwulicowego i okropnie interesującego zarazem. Najbardziej niesamowity jest jednak Gideon. Oddałabym wszystkich Ashów, Jace'ów i Will'ów tego świata za jego jednego! W jednej chwili się na niego wściekałam, w drugiej miałam ochotę rzucić mu się w ramiona. Nawet, gdy doprowadzał mnie do szału, miałam ochotę śpiewać na jego cześć pieśni pochwalne. On i Gwendolyn tyle razy się kłócili i godzili, że czułam się jak oglądając dobrą komedię romantyczną, a nie powtórkę "Mody na Sukces". Ten wątek tylko dodawał książce niesamowitego uroku. Tak wczuwałam się w Gwen, że właściwie cały czas siedziałam jak na szpilkach i skakałam jak głupia, gdy tylko Gideon ją całował. A gdy wymieniali ze sobą "oficjalne" zdania, miałam ochotę turlać się ze śmiechu. Gideon, Gwendolyn i kuzynka sofa w XVIII-wiecznej piwnicy - czyż nie brzmi zachwycająco?

Styl autorki powodował, że wybuchałam śmiechem w niespodziewanych momentach. Musiałam wręcz zamykać sobie buzię, by nie uznano mnie za wariatkę. Pisarka udowodniła, że świetnie zna współczesną młodzież, tworząc bardzo wiarygodne opisy relacji nastolatków. Filmy, muzyka i literatura dodawały wszystkiemu realizmu i współczesności, bowiem niektóre porównania wręcz zwalały z nóg. Pani Gier to mistrzyni zabawnych dialogów i komicznych sytuacji. Rzuca kłody pod nogi bohaterów z niezwykłą precyzją, a potem My, czytelnicy, możemy rozkoszować się trudnościami w przezabawny sposób.

Historia dzieje się w Anglii, co uważam za bardzo uniwersalne miejsce do odgrywania się tak niesamowitych przygód. Jest ono bardzo znane, a przecież o wiele łatwiej jest wymawiać powszechnie znane angielskie nazwy, niż łamać sobie język kombinacjami niemieckich, francuskich, bądź, co gorsza!, węgierskich.

Książka ma niesamowity klimat! Z jednej strony współczesna powieść, z drugiej zaś powiewa aurą tajemniczych zagadek i niesamowitego uroku XVIII wieku. To wszystko daje niesamowite, a zarazem niepowtarzalne połączenie.

Wartka akcja, skomplikowana, a zarazem prosta w odbiorze fabuła, pełna zagadek i tajemnicy. Niesamowita opowieść trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Czegóż chcieć więcej?

Przez sam epilog mam mętlik w głowie. Tak jak i w poprzedniej części był on powiązany z Gwendolyn, jednak to nie ona była narratorem. Nawet nie brała w nim udziału. Autorka skończyła w takim momencie, że wręcz miałam więcej pytań, niż odpowiedzi. Miałam ochotę krzyczeć "ja chcę jeszcze!"! Mam tyle teorii, że w głowie mi się już nie mieszczą!

Ta książka jest obłędna w pozytywnym tego słowa znaczeniu i wręcz musicie ją  przeczytać! Nie dajcie się prosić i kusić okładkom! Bierzcie, czytajcie i wyglądajcie zakończenia historii już 20 kwietnia 2012 roku pt. "Zieleń Szmaragdu"! Ja już to robię i nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z Gwendolyn! I niech czas będzie z Wami!

10/10

Przepraszam, że się tak rozpisałam, ale wręcz zakochałam się w tej książce. Dla zainteresowanych - recenzja "Czerwieni Rubinu" <KLIK> . Niedawno, a właściwie dzisiaj, dodałam też recenzję "Strąconych", której nie zdążyłam dodać wcześniej, na którą zapraszam <TU> .

niedziela, 30 października 2011

Rick Riordan "Ognisty Tron"


"Zwykły dzień rodziny Kane, czyli wielki wąż za pięć dni połknie słońce i inne pierdoły!"

Rick Riordan to jeden z najsławniejszych pisarzy ostatnich czasów. Książka "Złodziej Pioruna", pierwszy tom z cyklu "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy", zapewniła mu wysoką pozycję wśród autorów powieści młodzieżowych. Zyskał także ogromną ilość fanów, którzy z wielką niecierpliwością wyczekują kolejnych książek. Pan Riordan obecnie zajmuje się pisaniem, co muszę przyznać, wychodzi mu znakomicie! Jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki i nic w tym dziwnego, bowiem autor łączy szarą rzeczywistość z magicznymi elementami, a także odrobiną humoru, a to wszystko przyprawione dużą ilością akcji. Taki prosty przepis, a bestseller murowany!

Pierwszy tom z cyklu "Kroniki Rodu Kane" przeczytałam na początku wakacji. Była to niesamowita lektura, która wzbudziła we mnie nić sympatii do mitologii egipskiej i sprawiła, że z mniejszym przerażeniem wspominam bajkę "Papirus", która prześladowała mnie przez całe dzieciństwo i przez nią miałam wielką traumę przez połowę mojego dotychczasowego życia.

"Ognisty Tron" to kontynuacja "Czerwonej Piramidy". Akcja dzieje się dwa miesiące po wydarzeniach z pierwszego tomu. Carter i Sadie kochają napięte terminy, a my już doskonale o tym wiemy. Tym razem światu grozi zagłada, gdyż wielki wąż (Apopis) zamierza uwolnić się ze swojego więzienia i połknąć słońce (boga Ra). Rodzeństwo ma pięć dni na odnalezienie trzech części Księgi Ra i obudzenie boga Słońca, który nie wiadomo gdzie się podziewa, zanim świat pogrąży się w chaosie. Prosta sprawa, prawda? Dodajmy tylko, że po piętach drepczą im magowie z Domu Życia i nieprzyjaźnie nastawione bóstwa. Bułka z masłem.

Sadie to dziewczyna z charakterem, nosi glany i ma kolorowe pasemka we włosach. Jest z pozoru zwyczajną nastolatką, chociaż tak naprawdę potrafi zajść za skórę. Uwielbia męczyć swojego brata, mimo, że jest od niego młodsza. Kocha się w Anubisie, bogu śmierci. Jednak teraz pojawia się nowy obiekt westchnień - przystojny mag, o dziwnym zainteresowaniu amuletami, imieniem Walt. Jej brat, Carter, jest "czarującym niezdarą". Mądry, ale mimo wszystko często się zapomina. Biedaczek, zakochał się w uszebti, a właściwa dziewczyna została ukryta przez Iskandara, poprzedniego przywódcę Domu Życia, który obecnie spoczywa w grobie. Jedyny problem Cartera polega na tym, że nie spocznie, póki jej nie odnajdzie. Tylko gdzie ona jest? Nikt się nie pofatygował, żeby mu o tym powiedzieć.

To właśnie rodzeństwo Kane. Różnią się od siebie, ale mimo wszystko coś ich łączy. Wyruszają w podróż, której celem jest znalezienie wszystkich trzech części Księgi Ra. Ich opiekunem zostanie karli bóg, uwielbiający szybką jazdę i czekoladę.

Właściwie to moją ulubioną mitologią zawsze będzie grecka, a ulubioną książką powiązaną z mitologią "Złodziej Pioruna", to jednak "Kroniki Rodu Kane" mocno wyryły ślady w mojej pamięci. To ta książka pokazała, że z rodzeństwem nie trzeba się nudzić. Postacie są tak realne, że miałam wrażenie, że mogę ich dotknąć, albo minęłam ich na ulicy poprzedniego dnia. To było niesamowite uczucie. Autor tak wspaniale wykreował wszystkich, którzy występowali w tej powieści, że nie sposób ich nie lubić, nawet jeśli są źli, tak jak Apopis. To oni sprawiali, że lektura była przyjemnością i z każdą kolejną stroną chciałam więcej.

Akcja nie straciła swojego tempa. Nadal przypomina jazdę kolejką rozpędzoną kolejką. Jedno nie zdąży się skończyć, drugie się już zaczyna. Ciągle coś się dzieje. Nie ma zastojów. Wydarzeń jest dużo, ale książka mimo wszystko jest logiczna i nie przeczy sama sobie, jak to czasem bywa.

Autor napisał książkę stosując narrację pierwszoosobową, raz z punktu widzenia Cartera, a raz Sadie. Każde z nich miało coś do powiedzenia, a autor świetnie wczuwał się w ich postacie. Ukazał ich odmienne charaktery i myśli, nie zlewając tej dwójki bohaterów w jedną całość. W dodatku tak opisywał wydarzenia i emocje, że czytając nie mogłam odróżnić odczuć bohatera od swoich. Oczywiście nie brakowało zabawnych komentarzy i wielkiego humoru autora, z którego słyną wszystkie jego książki.

Rick Riordan świetnie wiąże mitologię z naszym światem. Wplata egipskie mity tak, jakby rzeczywiście były jego częścią. To z jego książek wiem o mitologii więcej, niż bym się nauczyła w szkole. Łączy przyjemne z pożytecznym, a każdy, nawet osoba niechętnie czytająca, przyzna, że przygody rodzeństwa Kane się jej podobały.

Na moją listę zalet dodam także pewnego przystojnego boga, który urzekł mnie swoim urokiem osobistym. Tak, mowa tu o władcy papieru toaletowego alias Anubis. Mimo, że nie jest postacią pierwszoplanową, to jednak zakochałam się w tym gościu. Ma w sobie coś, co sprawia, że gdy tylko się pojawia na mojej twarzy gości uśmiech. Nic dziwnego, że Sadie na niego leci. Sama bym się chętnie z nim wybrała na randkę, nawet jeśli miejscem spotkania byłaby kawiarenka "Pod Nagrobkiem", gdzie serwują tylko kotlety z umarlaka i śmiercionośne napoje.

W tej części jednak pojawią się kolejne pytania, na które nie uzyskamy odpowiedzi. Niby z pozoru wszystko kończy się jak w normalnej książce, to jednak pozostają sprawy niewyjaśnione. I to jest to, co kocham w książkach tego autora. Sprawia, że czytelnik chce jeszcze i jeszcze, a przygody nigdy się nie znudzą.

Ten tom jest jeszcze bardziej wybuchowy, magiczny i wciągający niż poprzedni. Z nim nie będziecie się nudzić! Niesamowita, pełna emocji, dostarczy niezapomnianych przeżyć. Sprawi, że mitologia nie będzie już taka straszna i miło spędzicie czas!

niedziela, 23 października 2011

Cassandra Clare "Mechaniczny Anioł"



"Każdy jest kimś"

Cassandra Clare to autorka bestsellerowej serii "Dary Anioła", która zdobyła rzeszę fanów na całym świecie. "Diabelskie Maszyny" to prequel do znanych i lubianych powieści o przygodach Nocnych Łowców. Ponieważ przeczytałam to, co byłam w stanie przeczytać, czyli wszystko, co zostało już wydane z "Darów Anioła", a ostatnia książka trochę mnie rozczarowała (czytaj "Miasto Upadłych Aniołów), to jednak przywiązałam się do świata, który stworzyła Cassandra Clare, więc bez dłuższego wahania sięgnęłam po "Mechanicznego Anioła".

Szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje drogę przez ocean, by wśród krętych uliczek Londynu znaleźć brata. Lecz zamiast niego, w porcie czekają na nią dwie kobiety - pani Dark i pani Black, które twierdzą, że o właśnie on je po nią przysłał. Damy każą się nazywać Mrocznymi Siostrami i nie wzbudzają wielkiego zaufania w dziewczynie. Jednak, co może zrobić, jeśli pokazują jej pierścień brata, niż tylko poddać się ich woli? Udaje się z nimi i tym sposobem trafia do Klubu Pandemonium, gdzie się dowiaduje, że wcale nie jest taka zwyczajna, jak sądziła.

Niczym na ratunek do akcji wkraczają Nocni Łowcy. To oni utrzymują porządek w świecie, do którego trafiła Tessa. Wilkołaki, wampiry, czarodzieje... Świat wcale nie jest taki prosty, jak uważają ludzie. Dziewczyna posiada nadzwyczajne zdolności i jest obiektem pożądania wielu magicznych stworzeń. Nocni Łowcy proponują jej układ: pomoc w odnalezieniu brata w zamian za pomoc w wyjaśnieniu sprawy Klubu Pandemonium. A jest ona bardziej skomplikowana, niż w najgorszych snach.

W ten oto sposób poznajemy dwóch przystojnych na swój sposób panów amantów: Williama Herondale i Jamesa Carstairsa, zwanych również Will i Jem. Obaj oczywiście mają wielką urodę i coś przyciągającego. Są parabatai, czyli parą wojowników, którzy przysięgli strzec wzajemnie swoich pleców, a każdy posiada jakąś tajemnicę. Oczywiście zwiastuje to trójkąt miłosny, jak już większość zapewne zdołała zauważyć. Will jest taką przestarzałą wersją Jace'a. Mimo, że jest wspaniały i lubię złych chłopców, bardzo przypomina mi bohatera "Darów Anioła". Jego charakter, odzywki, nutka cynizmu... Ale autorce nie udało się powtórzyć tutaj fenomenu postaci, bowiem Jace jest jedyny w swoim rodzaju. Bardzo polubiłam obu panów, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że Will jest jego podróbką. Jem to inna historia, całkowite przeciwieństwo swojego przyjaciela. Dobry, jasnowłosy, azjata... To ostatnie się kupy nie trzymało, ale zostaje później wyjaśnione i jak się okazuje, wiąże się z tym bardzo interesująca historia. Chłopak ogólnie jest łagodny i tak dobry, że aż mdły, ale mimo wszystko miał bardzo wyrazisty charakter i jakoś się odznaczał na tle innych, bardziej ciekawych postaci.

Tessa, to dziewczyna, która wcale nie szuka kłopotów, ale jednak w nie wpada. Bo każdy jest kimś, a kim jest ona? Tego jeszcze nie wie, i raczej nie prędko się dowie. Myślę, że jest trochę ślepo zapatrzona w to, co wierzy i to, co uważa za dobre i słuszne. Jest także strasznie tchórzliwa, bo kiedy wszyscy walczą, ona podwija spódnicę i daje nogę. Jednak jest pomysłowa i całkiem niegłupia. Owszem, bywa irytująca, ale tak jak Clary w "Darach Anioła", jej zachowanie ujdzie w tłumie wydarzeń.

Pozostali bohaterowie raczej mnie nie denerwowali, chyba, że nie liczyć Nate'a, brata Tessy. Jego zachowanie, to jak dziewczyna go traktuje i każe traktować... Jego osoba działała na mnie jak łapka na muchy - dobijająco. Jeśli zaś chodzi o innych Nocnych Łowców to bardzo, ale i to bardzo, podobała mi się ich kreacja. Pojawiła się osoba, która nie chce być tym, kim jest, osoba, która walczy o to, by być kimś więcej i osoba, która ma wielką pasję. W dodatku pojawił się Magnus Bane. Sporadycznie, bo może ze dwa razy, ale jego postać podbudowała mnie na duchu, gdyż uwielbiam tego czarodzieja.

Jednym z wątków będzie trójkąt miłosny, bo już się na to zapowiada. Ta część to było takie lekkie wprowadzenie w dalsze losy życia uczuciowego bohaterów, jednak w następnym możemy się spodziewać scenek miłosnych między Tessą a Jemem, bądź Willem. Nie będę ukrywać, że bardziej interesują mnie te drugie, bowiem zapowiadają się ciekawiej. Nie lubię trójkątów miłosnych, ale jeśli temu wątkowi nie będzie poświęcane zbyt wiele uwagi, to może mi się nawet spodobać. 

Akcja szybko się rozwija, a kiedy następuje pozorne rozwiązanie sytuacji i czytelnik nie spodziewa się już niczego zaskakującego, wtedy nagle wszystko wywraca się do góry nogami. I cała zabawa zaczyna się od nowa, tylko w przyspieszonym tempie, a wiele spraw jest bardziej skomplikowana, niż dotychczas. Zakończenie wyjaśnia niestety tylko część z nich, a by poznać resztę musimy sięgnąć po kolejny tom. 

Autorka ma wciąż ten sam styl, dzięki Niebiosom, co powoduje, że książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Dzięki niemu przeniosłam się do świata Nocnych Łowców w współczesnym Nowym Jorku, umożliwił mi on także znalezienie się w Londynie za czasów królowej Wiktorii, pełnego wampirów, wilkołaków i innych stworzeń. Stworzył niesamowity klimat i pozwolił wczuć się w sytuację, jednak wydaje mi się, że nie miał on nic wspólnego z epoką wiktoriańską. Język bohaterów i narracja nie pochodziły z epoki.

Co tu jest machiną napędzającą akcję? Tajemniczy Mistrz, jego plany i próba odnalezienia brata Tessy. Wszystko bardzo zgrabnie przeplata się między sobą i podsyca apetyt czytelnika.

Uwielbiam "Dary Anioła" za Jace'a, akcję, świat przedstawiony. Nie jest ona pozbawiona jednak wszelkich wad, bowiem głupia bohaterka i jej denerwujący kumpel nie należą do moich ulubionych postaci. Tak samo jest z "Diabelskimi Maszynami". Jest klimat, ciekawa historia, a także podobieństwo Willa do Jace'a, irytujący brat Tessy, a także ona sama. Minusem powieści jest okładka, która bądźmy szczerzy do najładniejszych nie należy. Sam jej pomysł był świetny, bowiem podobają mi się napisy i wzorki wokół, jednak sama postać na rysunku nie wzbudza we mnie ciepłych uczuć. Amerykańska wersja jest świetna, niestety Polska wypadła fatalnie. Przynajmniej odstrasza tych, co książkę oceniają po okładce i nie odrywa od lektury czytelnika, któremu chce się popatrzeć na obrazek. Polecam gorąco wszystkim fanom "Darów Anioła" i tym, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia.

sobota, 15 października 2011

Rachel Ward "Numery"



"Zapisane w numerach"

Wśród królujących wszechobecnie paranormali ciężko znaleźć coś innego, wyróżniającego się, ciekawego. Właściwie początkowo sama nie zwracałam uwagi na tą książkę, bowiem co pasjonującego mogłoby być w powieści pod tytułem "Numery"? Że niby historia o cyferkach, tak? Wybaczcie, ale będąc dzieckiem naoglądałam się "Jedyneczki" i jakoś mnie nie przekonywał ten tytuł i tak było do czasu, aż z nudów skusiłam się i przeczytałam opis. Wtedy coś mnie tknęło i jestem z tego powodu dumna. Uciekając przed paranormalnymi opowieściami trafiłam na wspaniałą lekturę.

Jem od dziecka je widzi. Numery są wszędzie, gdzie tylko pojawiają się ludzie. Są już częścią jej życia, a raczej egzystencji. Bowiem wszyscy ludzie w od dnia narodzin mają przypisaną datę śmierci. I Jem ją zna. Wystarczy, że spojrzy komuś w oczy. Jest niczym maszyna czytająca kod kreskowy - PIP - i już odczytane! Właśnie dlatego unika wszelkich kontaktów, izoluje się. Nie chce, a także boi się przywiązać do kogokolwiek, bo wie, że ten ktoś prędzej, czy później umrze. A ona wie kiedy.

Sprawy komplikują się, gdy Jem wybiera się na wycieczkę do London Eye. Nagle okazuje się, że wszyscy wokół mają takie same numery, które wskazują na to, że ci ludzie zaraz zginą. Jem na szczęście w porę ucieka. Niestety, od tej chwili jest także podejrzana. Staje się niebezpieczną terrorystką w oczach policji. Musi uciekać. Nie może zostać. Wezmą ją przecież za wariatkę, jeśli powie prawdę. Jak skończy się wycieczka? Czy Jem ucieknie od starego, nic niewartego życia?

Bardzo zaintrygowała mnie umiejętność Jem. Jeszcze w żadnej książce bohater nie posiadał takiej umiejętności. Zdarzało się, że widział aury, duchy, potrafił powiedzieć, gdzie jest osoba zaginiona, ale data śmierci? Trochę przypomina mi to "Kostkę Śmierci", tylko tam określano około ilu lat będzie żył człowiek i ustalała to sama Śmierć, a tutaj znana jest już konkretna data. Właściwie, czy ktoś z Was zastanawiał się, jak to jest być jak taka maszyna, co czyta kody kreskowe? Tutaj kodem jest numer, a on powie Nam prawie wszystko. Przydatna umiejętność - powiecie. Ale nie dla głównej bohaterki. Dla niej to przekleństwo, kara. Co jej przyjdzie z tego, że zna datę śmierci, skoro nie może jej zapobiec? A może potrafi, tylko jeszcze o tym nie wie?

Właściwie to koło tego pytania kręci się cała akcja. W książce dzieje się dużo, ale głównym problemem i zagadnieniem, które czytelnika do niej ciągnie, jest to, czy Numery się sprawdzą i czy nie ma od nich odwrotu. Bo jeśli tak, to można zmienić wiele rzeczy.

Z taką historią się jeszcze nie spotkałam, więc książkę czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Z thrilerami nie miałam wiele do czynienia w swoim życiu, to jednak ten mi się bardzo spodobał i dzięki niemu całkowicie przekonałam się do tego gatunku. Klimat powieści i odpowiedni język czynią książkę interesującą, ale także rzeczywistą. Wartka akcja dopełnia całości. Czułam dreszczyk, a podczas lektury towarzyszyło mi wiele emocji.

Styl autorki jest młodzieżowy, ale nie jest to slang, chociaż w dialogach występują przekleństwa. Nie powinniśmy się jednak temu dziwić - pisze o trudnej młodzieży, a właśnie taki jest język, którym się ona na co dzień posługuje. Jest to debiut autorki i jestem pod wrażeniem tego, jak realistyczna jest ta powieść. No, może nie licząc pewnej zdolności bohaterki, ale to przecież oczywiste. Myślę, że pisarka jest bardzo utalentowana i posiada potencjał, który w pełni wykorzystuje.

Jem to osoba dziwna. Raz ją lubiłam, raz mnie denerwowała. Miała dość dziwne spojrzenie na świat, ale wynikało ono z jej sytuacji. Sami pomyślcie - wszyscy dookoła umierają - Wasi rodziców, sąsiedzi, bracia, siostry - jak byście się czuli? I Wy wiecie o tym, kiedy to nastąpi, ale nie możecie nikomu tego powiedzieć - przecież przy odrobinie szczęścia co najwyżej zamknęli by Was w wariatkowie i poddali praniu mózgu. Dziewczyna wiele przeżyła, ma trudny charakter. Jest uparta, wytrwała, ale też boi się życia, a raczej śmierci. I to właśnie dlatego nie jest w stanie cieszyć się nim. Podczas ucieczki ciągle tylko nadsłuchuje, czy jej nikt nie śledzi - rozumiem, boi się tego i lepiej być przezornym, ale bez przesady - ciągłe banie się robi się w końcu irytujące.

Prócz głównej bohaterki bardzo ważną postacią był też Pająk - kolega ze szkoły, a raczej z wagarów. On też ma podobne spojrzenie na świat, co Nasza bohaterka. Jak większość nastolatków płci męskiej ma problemy z higieną, a ponadto lubi zapalić, a do szkoły chodzi okazjonalnie. Bardzo interesującą postacią była też jego babcia - taka odlotowa staruszka. Niewielu bohaterów odegrało tutaj dużą rolę, gdyż uciekając Jem robiła to samotnie, unikała ludzi. Jednak to nie przeszkadzało, tylko wzbudzało jeszcze większe zainteresowanie.

Po dłuższej i wnikliwej obserwacji okazało się również, że okładka powieści jest bardziej interesująca, niż wydawało się początkowo. Wystarczyło spojrzeć pod odpowiednim kątem i wszystko nabrało innego wyrazu. Dzięki temu moja opinia o szacie graficznej podniosła się do góry o cały stopień i stała się jedną z moich ulubionych. Ah, te cyferki!

"Czas uciekać" - to zdanie kojarzy mi się idealnie z książką. Perfekcyjnie opisują sytuację Jem i myślę, że są jak najbardziej trafne. Mówią więcej, niż całe zdania.

Najbardziej zaskoczyło mnie zakończenie. Nie myślałam, że autorka w taki sposób zakończy historię. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty i ten kawał dobrej roboty Wam polecam! Czytajcie "Numery", a ja tymczasem urządzę polowanie na część drugą!


***

Kilka słów od autorki - nadszedł rok szkolny, a co za tym idzie mam mniej czasu na czytanie zarówno książek, jak i recenzji. Przepraszam, że tak rzadko czytam Wasze blogi, ale nawał nauki mnie przytłacza. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się to robić regularnie :)

sobota, 8 października 2011

Celine Kiernan "Zatruty Tron"



"Dom nie do poznania"

Celine Kiernan to znana ilustratorka, pisarka i animatorka filmów rysunkowych. Urodzona i wychowana w Dablinie, obecnie mieszka w hrabstwie Cavan i mężem i dziećmi. Jej debiut literacki to "Zatruty Tron", pierwsza część Trylogii Moorehawke, do której zachęciły mnie pozytywne recenzje na portalu LubimyCzytac i Waszych blogach.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam "Trylogia Moorehawke" nie wywołało to we mnie pozytywnych uczuć. Zalała mnie fala dziwnych skojarzeń. Wody do czary dolał także moment, w którym dowiedziałam się, że to cykl fantazy. W mojej głowie od razu zagościła nazwa "Trylogia Marchewka" i tak już zostało na długi, długi czas. Dopiero wiele pozytywnych recenzji i przeczytanie opisu na okładce przekonało mnie, że być może nie będzie to książka o przegotowanym warzywku w tarapatach.

Wynter, córka Lorda Obrońcy Moorehawke wraca do domu po wielu latach spędzonych na dalekiej północy i to, co zastaje wielce ją zdumiewa. Nikt już nie rozmawia z kotami, duchy formalnie nie istnieją, a klatki i szubienice wróciły do łask. W królestwie dzieje się coś niedobrego. Król Jonathon przecież nie dopuściłby do czegoś takiego!

Jej dawny przyjaciel z dzieciństwa, Albi, prawowity następca trony zostaje uznany martwym za życia, a jego brat, Razi, zmuszony, by zająć jego miejsce.

Co zrobi Wynter? Zostawi przyjaciół na łasce lodu i wyjedzie, czy też zostanie i będzie wypełniać rozkazy króla? A może stawi opór? Sprawy komplikuje choroba ojca, a także podejrzany przyjaciel Raziego, Christopher Garrow.

Jest to książka fantasy, ale bohaterowie żyją w średniowiecznej Europie. Nawet mapka na wewnętrznej stronie okładki to potwierdza. Mimo, iż zgadzają się miejsca, zaawansowanie techniczne, a nawet religia, to autorka dodała tam coś od siebie, wplatając w historię elementy fantastyczne, takie jak duchy, gadające koty, czy też wilkołaki. To wszystko ładnie się ze sobą łączy, tworząc zgrabną całość. Jeszcze się nie spotkałam z czymś takim. Zaskoczyło mnie to bardzo pozytywnie. Magia, jako sama w sobie nie występuje, a to, co już istnieje, jest tak naturalne, jak powietrze, czy woda.

Bohaterowie są stworzeni z niezwykłą starannością. Miałam wrażenie, że są namacalni, że mogę ich dotknąć. Wynter to odważna i samodzielna istota. Ojciec nauczył ją zawodu, by mogła radzić sobie sama, gdy jego zabraknie. Podarował jej niezależność, by w przyszłości mogła sama się utrzymać, a nie tylko wyjść za mąż, rodzić dzieci i spędzać czas wśród garów. Nic dziwnego, jaka była jej reakcja na spotkaniu z Christopherem. Bardzo podobały mi się opisy ich relacji. To, jak początkowo skakali sobie do gardeł było niesamowite! Nawet lepsze od scen w "Spętanych przez Bogów", gdzie bohaterowie chcieli się pozabijać. I ta zazdrość o Raziego... Bardzo interesujące były też stopniowe zmiany w ich wzajemnym nastawieniu do siebie.

Czytając książkę nie nastawiłam się na żaden wątek miłosny, bo takowego się nie spodziewałam. Po prostu nikogo nie widziałam w roli potencjalnego ukochanego głównej bohaterki. Bo przecież nie król Jonathon! A tu nagle BAM! Niczym grom z jasnego nieba coś się pojawia na ostatnich kartach powieści. Nawet nie zauważyłam, jak się to uczucie rozwinęło. Może nie wpadłabym na taki pomysł, gdybym to ja zarządzała losami bohaterów, ale muszę przyznać, że to rozwiązanie mi się spodobało.

Początkowo akcja toczy się bez oporu, ale raczej niespiesznie, lecz z każdą stronicą się rozwija. Poznajemy co raz więcej szczegółów i wkraczamy do świata przedstawionego. Gdy jednak zostajemy do niego wprowadzeni, zaczyna się coś dziać, a z każdą kolejną stronicą machina jest jeszcze bardziej napędzana. W ostatnich stronach czułam się, jakbym leciała z górki na pazurki i nie mogła wyhamować.

Wszystko, co dzieje się w książce, rozgrywa się wokół dworu króla Jonathona, a tak właściwie to w nim. Dla mnie nie jest to minusem, gdyż autorka wymyśliła taką ciekawą historię, że nie zastanawiałam się nad tym, co się dzieje "za płotem" i nie narzekałam na nudę.

Autorka napisała tę powieść w lekki, wdzięczny sposób. Jej styl nie był ani młodzieżowy, ani średniowieczny. Taki... uniwersalny? Sama nie wiem, jak to określić. Z jednej strony oddawał klimat epoki, a z drugiej był miły i lekki w odbiorze. To dzięki niemu lektura była przyjemna. Rozdziały są krótkie, ale utrzymują ciekawość i wzmagają apetyt. Dzięki nim miałam czas na lekturę, bowiem można zacząć czytać podczas jazdy tramwajem, lub w poczekalni u lekarza. Była to dobra rozrywka, którą można dokończyć w każdej chwili.

Książka ma bardzo ciekawe zakończenie. Aż cisną mi się na usta słowa "Co? Tylko tyle? Ja chcę jeszcze!", bowiem autorka przerwała w jednym z najciekawszych momentów w całej powieści. Nie wiem, jak mogła mi to zrobić. Dzięki Niebiosom, następna część jest już dostępna na rynku, więc długo nie będę tęsknić. Mam nadzieję, że doczekam się premiery trzeciej, bo na samą myśl o drugiej nie mogę usiedzieć na tyłku.

Jeszcze wtrącę kilka słów o postaciach - jest ich cała galeria. Można przebierać ile wlezie. Każdy znajdzie kogoś, kogo polubi - dobrego, troskliwego Raziego, wesołego Chritophera, silnego i dumnego :orcana, czy Wynter - pełną odwagi, ciekawską, młodą dziewczynę.

Książkę polecam. Jak się okazało, wcale nie jest pierwszą częścią trylogii o warzywku gotowanym na miękko. To pełna humoru i akcji opowieść o średniowiecznych nastolatkach, intrygach króla i jego poddanych, wzbogacona o nutkę przemocy i brutalności.

czwartek, 1 września 2011

Cassandra Clare "Miasto upadłych Aniołów"



Pamiętam moje pierwsze spotkanie z "Miastem Kości". Pochłonęłam je niczym mój brat pierogi z serem. Doskonale wiem, jaka byłam wtedy zauroczona. I powieścią, i Jace'm. Siedziałam wtedy jak na szpilkach i czekałam, aż dorwę w swoje szpony "Miasto Popiołów" i "Miasto Szkła". Do tej pory czuję swoje rozczarowanie po nich, bowiem nie dorównywały pierwszej części. Sięgając po "Miasto Upadłych Aniołów" miałam nadzieję, że te krzywdy zostaną mi wynagrodzone. Nie czekałam nawet, żeby przeczytać wpierw "Mechanicznego Anioła", gdyż słyszałam, że to ułatwiłoby mi lekturę. Byłam taka zapatrzona i... hm... spokojnie mogę użyć słowa zadurzona.

Od wydarzeń w Alicante minęło sześć tygodni. Sześć tygodni, podczas których bohaterowie zdążyli ułożyć sobie życie. Clary wreszcie może nazwać Jace'a swoim chłopakiem. Nie jest to już zakazane uczucie. Rzuciła ogólniak na rzecz treningów Nocnego Łowcy. Chce tego, co matka próbowała wypleść z jej życia przez tyle lat. Ponadto dzieli wraz z Jace'm sekret. Tylko ta dwójka wie, że Anioł przywrócił chłopaka do życia.

Simon próbuje przyzwyczaić się do swojego nowego życia. Powiedział matce, że jest wampirem. Niestety, kobieta nie zareagowała zbyt entuzjastycznie. W dodatku igra z ogniem, umawiając się z dwiema niezwykłymi dziewczynami: Nocną Łowczynią, Isabelle i likantropką, Maią. W dodatku żadna z nich nic nie wie o tej drugiej.

Alec i Magnus wyruszyli w podróż dookoła świata, a Jocelyn z wielkim entuzjazmem przygotowuje się do ślubu z Lukiem.

Tymczasem ktoś potajemnie morduje Nocnych Łowców i próbuje zabić Chodzącego Za Dnia.

Pierwsze, za co się wezmę, to uwagi do Polskiego wydawcy. Zwróćcie uwagę na okładkę - czyż nie jest okropna? Nie będę robić dłuższych wywodów, ale nawet grzbiet różni się od poprzednich części. Poza tym znalazłam w książce dużo literówek i jedną pomyłkę (na stronie 200'którejś było napisane, że Clary wybrała się do Miasta Kości z Maryse i Kylem, a przecież wszyscy ci, którzy czytali wiedzą, że to był Luke), a także tłumaczka jakoś dziwnie odmieniała imię Jace'a.

Teraz swoje żale skieruję w inne strony. Gdy dowiedziałam się, jak zakończy się "Miasto Szkła", miałam wrażenie, że to będzie koniec. Zaczęłam zastanawiać się, co będzie się działo w czwartej części, bowiem epilog wskazywał na zakończenie wszystkich spraw w świecie Nocnych Łowców. Valentine zginął i to chyba przewidzieli już wszyscy. Nie zniosłabym, gdyby autorka postanowiła go wskrzesić, albo co gorsza, gdyby okazało się, że to był "podrobiony" Valentine i ten prawdziwy wciąż żyje, bo czegoś takiego nienawidzę. Potem zwróciłam uwagę na podział powieści - książka składa się z dwóch ksiąg, a nie tak jak poprzednie z trzech, a także nie ma epilogu. To sprawiło, że zaczęłam podejrzewać, że to nie będą już te "Dary Anioła", które pokochałam. I miałam rację.

Za dużo Simona. Ja rozumiem, że miał tu odegrać ważną rolę, i że obecnie jest szał na wampiry, ale błagam, litości. Ledwie chłopaka toleruję, gdy pojawia się w niewielkiej ilości, ale taka dawka jest dla mnie zabójcza. Po prostu Simon mnie denerwuje i nie mogę jakoś wzbudzić w sobie sympatii do niego.

Za dużo prywatnych spraw bohaterów. Mnie naprawdę nie interesuje, ile dziewczyn ma Simon, albo to, ile razy Clary próbowała dobrać się do Jace'a i odwrotnie. Nie obchodzi mnie to. Miałam wrażenie, że w tej części autorka skupia się głównie na tym, a przecież to nie jest najważniejsze.

Za mało akcji, walki. Przynajmniej na początku krew się nie lała, demony nie atakowały. Halo! Czy ja jakieś niebezpieczeństwo tutaj znajdę? Raczej nieprędko.

Za mało Aleca i Magnusa. Polubiłam ich w Mieście Szkła, a tutaj wybrali się na wycieczkę i tyle ich widziałam.

A teraz moja sprawa kluczowa, która nosi tytuł "Kto zrobił Jace'owi pranie mózgu?". Bo mam wrażenie, że chłopak zmienił się od "Miasta Kości". To już nie jest ten sam facet, w którym się "zabujałam". To już nie jest ON. W tej części zachowywał się jak obłąkany. Już od "Miasta Popiołów" zaczynał dziwaczeć, ale myślałam, że mu przeszło.

Zakończenie bardzo mile mnie zaskoczyło. Pełno akcji i walki. Wciągnęło mnie bez opamiętania. Mam wrażenie, że gdyby nie lekki i przyjemny styl pisania autorki, to nigdy nie dotarłabym do tej chwili, czego niezmiernie bym żałowała. Uważam, że lepszego zakończenia nie mogłam sobie wyobrazić i to ono zrekompensowało mi po części te wady całej reszty.

Książkę polecam fanom Cassandry Clare i tym, którzy wielbią "Dary Anioła". Myślę, że oni dotrwają do końca. Jeśli ktoś nie czytał poprzednich części, niech się lepiej nie bierze za "Miasto Upadłych Aniołów", bowiem nie do końca będzie w temacie, a także książka sama w sobie jest przeciętniakiem. Może następna część będzie lepsza, w co pokładam wielką nadzieję, bo inaczej chyba nie przebaczę, że zepsułam sobie taką świetną serię czytając jej kontynuację.

I mimo, że zakończyłam już tę lekturę, to nadal nie wiem, skąd się wziął tytuł.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Trudii Canavan "Gildia Magów"



Tak naprawdę po raz pierwszy z "Trylogią Czarnego Maga" miałam styczność w wieku lat dwunastu. Była to szkolna wycieczka, gdy wybraliśmy się do kina. Jak to zwykle bywa, przy okazji odwiedziliśmy centrum handlowe w poszukiwaniu McDonalda i kolega z klasy widząc wystawę jakiejś księgarni zaczął nawijać, że czytał tę książkę i jest świetna, a cała seria lepsza od Harry'ego Pottera. Mówił oczywiście o "Trylogii Czarnego Maga". Początkowo nie zwróciłam na to większej uwagi, gdyż okładka skojarzyła mi się z Wiedźminem (nie pytajcie, dlaczego), którego filmowej wersji nie mogłam jakoś przetrawić w dzieciństwie, co mi do tej pory dokucza. I tak oto zapomniałam o całej sprawie, aż w końcu zrobiło się głośno o "Misji Ambasadora". Wtedy sprawdziłam kilka razy, o czym jest pierwsza część i dowiedziałam się co nieco o autorce, lecz jakiegoś zafascynowania nie było. Lecz gdy w obrót wszedł "Łotr" nabrałam wielkiej ochoty, by przeczytać jakieś dzieło pani Canavan.

I tak oto wreszcie po raz pierwszy w moich rękach znalazła się "Gildia Magów". Nie spodziewałam się, że nastąpi to tak szybko, bowiem jak każdy mól książkowy posiadam dość długą listę "Chcę przeczytać" i mam wrażenie, że rośnie ona szybciej, niż ja czytam.

Jak co roku w Imardinie gromadzą się magowie, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Nikt nie przeciwstawia się im, gdyż chroni ich magiczna tarcza. Kiedy tłumy ludzi opuszczają miasto, kilkoro młodych buntowników ciska kamieniami w tarczę. Przez magiczną barierę przedostaje się tylko jeden z nich i dosięga jednego z magów. Jest to wielkim zaskoczeniem nawet dla młodej dziewczyny, która go rzuciła.

Gildia jest nie tylko zaskoczona, ale i zdenerwowana, bowiem oznacza to, że w mieście przebywa nieszkolony mag. Trzeba szybko odnaleźć dziewczynę, nim jej moc wymknie się spod kontroli i zniszczy wszystko wokół, łącznie z nią samą.

Książka ma ponad pięćset stron, a wciągnęła mnie niezmiernie. Nie wiedziałam, że jestem w stanie wchłonąć tyle w jeden dzień. Słyszałam wiele wypowiedzi o powieściach pani Canavan: a to, że pisze ciekawe historie, ale dużo przynudza, a to też, że tworzy wspaniałe fantastyczne światy, albo także, że właściwie, to są książki o wszystkim i o niczym. Ja jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiona. Podoba mi się jej styl i moim zdaniem wcale nie przynudza. Trzecioosobowa narracja opowiadała nie tylko o przygodach Sonei, ale też o tym, co się działo w Gildii. Dzięki temu więcej się wydarzyło, a cała akcja była niezwykle ciekawa. Nawet nie zauważyłam, a skończyłam czytać.

Bardzo zainteresował mnie świat wykreowany przez autorkę. W dzisiejszych czasach dość rzadko spotykamy się z literaturą fantasy, bowiem większość pisarzy wykorzystuje rzeczywisty świat dodając do niego elementy magiczne i wymyślone. Tutaj mamy do czynienia z typowym dla fantasy światem - trochę podobnym do naszego średniowiecza. Spotykamy się z podziałem na warstwy społeczne, slangiem ulicznym i prawem, a także różnymi organizacjami, które je nagminnie łamią. Także bohaterowie są realistyczni.

Sonea, jako dziewczyna ze slumsów, nienawidzi Gildii. Nic dziwnego, że nie wierzy w dobre intencje magów. Ma swój własny, wyrazisty charakterem który daje się poznać w każdej chwili. Uparta, nieufna, troszcząca się o przyjaciół, nawet własnym kosztem.

Cery to taki typowy łobuziak. Może mojej sympatii nie zdobył, ale go nie potępiam. W jakimś minimalnym stopniu go lubię. Może to ze względu na rolę, jaka mu przypadła, a może ze względu na jego charakter, który również dawał o sobie znaki. Moim ulubionym magiem jest Mistrz Rothen, co zapewne nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Podoba mi się jego sposób bycia, a także to, jak odnosi się do innych. Chociaż wolałabym, żeby był wojownikiem, bo ta dziedzina magii interesuje mnie najbardziej, to polubiłam gościa. Nie wiem o nim dużo, a jednak wydaje mi się przyjazny,

Ta trójka najbardziej zapadła mi w pamięć, choć powinnam jeszcze wspomnieć o Mistrzu Fegunie, Wielkim Mistrzu i Mistrzu Ambasadorze, choć myślę, że ci większą rolę odegrają w drugiej i trzeciej części trylogii. Pierwsza skupia się dużo na poszukiwaniach Soneii, a także drodze do podjęcia decyzji przez nią, ale rozpoczyna też kilka ważnych wątków, które, mam nadzieję, będą kontynuowane w kolejnych tomach.

No i oczywiście mam już wybranego idealnego kandydata na męża głównej bohaterki i skrycie mam nadzieję, że będą razem, choć jeszcze nic na to nie wskazuje.

Bardzo podobała mi się ta książka i z wielką niecierpliwością czekam na okazję, by kupić następne tomy. Polubiłam przygody młodej pani mag i tym samym stałam się fanką samej autorki. Książkę polecam, a teraz zabieram się za wychwalanie pod niebiosa historii miłości Soneii i... Ale ciii! Nic nie powiem!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Cory Doctorow "Mały Brat"




Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest utracić wolność? Większość z nas nie wyobraża sobie bez niej życia. Właśnie dlatego nikt nie czyta naszych esemesów, nie zakłada podsłuchu na telefon i nie śledzi każdego naszego ruchu. I wyobraźcie dobie, że pewnego słonecznego dnia możecie to wszystko stracić. Nagle, na środku ulicy napada na was policja i aresztuje was i wszystkich ludzi wokół, a potem jak zwykłego bandytę wtrącają do więzienia. Potem zabierają was na przesłuchanie i każą udowodnić, że nie jesteście terrorystami, a jakiekolwiek formy buntu są tłumione torturami. Brzmi znajomo, prawda? Takie piekło przeżyli ludzie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, a także podczas zaborów. Ale to było tyle lat temu! Tylko co by się stało, gdyby działo się to w obecnych czasach? Coś takiego przydarzyło mi się siedemnastoletniemu Marcusowi, bohaterowi książki "Mały Brat" Cory'ego Doctorowa.

Na pierwszy rzut oka książka wydaje się całkiem zwyczajna. Jakiś chłopak próbuje powalić wielkiego robota za pomocą młotka. Nie ma w niej nic interesującego, jednak gdy zaczniemy czytać pojmiemy w pełni jej symbolikę. Przyjrzyjcie się dokładnie z czego jest zbudowany robot, a także zwróćcie uwagę na kształt narzędzia, które trzyma nastolateg. Już sam ten obrazek wyjaśnia nam, z czym spotkamy się w książce.

Jej autorem jest Cory Doctorow, pisarz i dziennikarz pochodzący z Kanady. Zasłynął jako autor wizjonerskich powieści, poruszających tematykę egzystencji, tożsamości i praw człowieka w świecie pełnym nowoczesnych technologii.

Marcus Yallow to nastolatek, jak każdy inny. Na co dzień zajmuje się chodzeniem do szkoły, a po godzinach spotyka się z przyjaciółmi i rozwija swoje informatyczne zainteresowania. Pewnego dnia zrywa się ze szkoły i wraz z przyjaciółmi wyrusza na poszukiwanie wskazówek do gry ARG, Harajuki Fun Madness. Jednak zamach bombowy w San Francisco uniemożliwia im dalszą zabawę. Zostają aresztowani przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego i trafiają do tajnego więzienia. Gdy zostają uwolnieni, Marcus dostrzega, jak bardzo zmienił się świat. Żyje teraz w państwie policyjnym, a każdy jego ruch  jest starannie notowany, a każdy obywatel jest traktowany jak potencjalny terrorysta. Chłopak pragnie zniszczyć DBW i odnaleźć przyjaciela, który nie wydostał się wraz z nim z więzienia. Postanawia działać.

Gdy przeczytałam tę książkę nie byłam w stanie powiedzieć nawet słowa. Po prostu musiałam się z tym przespać i poukładać wszystko na spokojnie. Nie mogłam, a może nie chciałam uwierzyć, że to wszystko mogłoby się okazać prawdą, bowiem walka jaką prowadzili bohaterowie była beznadziejna. Była jak walka z wiatrakami, a wszyscy wiemy, jak ona się skończyła, jednak wszystko wydawało mi się tak realistyczne, że nagle zaczęłam się zastanawiać, czy moje rozmowy na gadu-gadu z koleżanką nie są potajemnie przesyłane do jakiegoś urzędu, gdzie grupa ludzi sprawdza czy nie planujemy wysadzić w powietrze najbliższej Biedronki, stacji benzynowej, szkoły, czy pod co tam jeszcze moglibyśmy podłożyć bombę. Nagle zaczęłam podejrzewać, że może na mojej szkolnej legitymacji jest urządzenie śledzące, co sprawia, że policja w każdej chwili wie, gdzie jestem. To byłoby wkurzające uczucie, prawda? A przecież na co dzień denerwują mnie pytania rodziców, gdzie idę i kiedy wrócę. Tylko między tymi dwoma kontrolami jest różnica - jedne opiera się na braku zaufania, a drugie na jego obecności. Nie wiem, jak wy, ale ja wolę swoją sytuację.

Autor stworzył godny podziwu świat technologii i postępu. Byłam pod wrażeniem tego, jak rozwiązał niektóre sytuacje. Tłumaczył dokładnie w jaki sposób działają wszystkie urządzenia i porównywał do czegoś prostego, zrozumiałego nawet dla ludzi, którzy nie mają o niczym pojęcia. Podobało mi się to, gdyż mimo, że jestem lewa z zajęć technicznych i informatycznych, to byłam w stanie chociaż z grubsza orientować się w ich działaniu.

Bohaterowie byli realni. Popełniali błędy i uczyli się na nich. Mieli tajemnice, wady i zalety. Początkowo polubiłam Vanessę i brakowało mi jej później. Tak samo Darryla. Jednak autor o nich nie zapomniał. Postacie stworzył tak, że nawet "te debile z DBW", które były tak denerwujące, że miałam ochotę ich pobić, nie sprawiły, że chciałam odłożyć lekturę. Wręcz przeciwnie, tylko rozpalały moją ciekawość.

Cała historia została nam przedstawiona z punktu widzenia Marcusa. Pierwszoosobowa narracja pozwalała włożyć na siebie skórę bohatera i poczuć się jak on. Nie dziwię się, że autor zdobył prestiżowe nagrody literackie, takie jak Campbell i Lucas. Kiedy ktoś pisze tak jak on, to od książki ciężko się oderwać. Ta powieść to trzysta sześćdziesiąt dwie strony małego, lecz nienadwyrężającego wzroku druczku, w którym zapisana jest przygoda, której nie pobije nawet cała seria Darów Anioła, Akademii Wampirów, Harry'ego Pottera, czy co tam jeszcze uważacie za najlepsze. Dzieło Cory'ego Doctorowa dostarcza o wiele więcej emocji.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam książkę, pomyślałam, że nie jest warta mojego czasu. Teraz widzę, jak bardzo się myliłam.

Pierwsze, co zastanawia człowieka to tytuł, bowiem nie jest to książka o młodszym braciszku, czy małym chłopcu, na co może on wskazywać. W czasie czytania wszystkie wątpliwości zostają rozwiane. Nie powiem, kto to jest, żeby nie psuć czytania.

Czasem warto porównać książkę do jakiegoś innego dzieła. Myślę, że tu odpowiedni będzie "Kosogłos", czyli trzecia część trylogii "Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins. Tu też bohaterowie walczą z systemem. Mogę śmiało podpisać się pod tą książką nogami i rękami, gdyż uważam, że jest ona warta polecenia.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Risto Isomaki "Lit-6"



Od niedawna próbuję co raz to innych gatunków literackich. Ja, zagorzała fanka szeroko pojętej fantastyki i niektórych paranormalnych romansów, gdzie wątek miłości schodzi na dalszy plan, zaczęłam czytać powieści historyczne, obyczajowe i kryminały. Nie ma to jak poszerzenie horyzontów, ale od czegoś trzeba zacząć. Kolejką pozycją, która miała za zadanie urozmaicić mój świat był "Lit-6".

Autorem powieści jest fiński pisarz i dziennikarz, Risto Isomaki. Dużo czasu poświęca zagadnieniom związanym z energią jądrową i globalnym ociepleniem. Pisarz znany jest z takich powieści jak "Przebudzenie", "Piasek Sarasvati", "Klęska Gilgameusza" czy "Rycerze Ciemnej Chmury". W jego dorobku literackim znajdziemy także zbiór opowiadań pt. "Kryształowa róża". "Lit-6" to szóste dzieło autora. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z jego dziełem, a to będzie decydujące spotkanie.

Pewnego pięknego dnia w Japonii dochodzi do kradzieży izotopu litu. Na świecie ginie także nieco izotopu plutonu. Dzięki tym substancjom można skonstruować bombę atomową, która może spowodować śmierć pół miliarda ludzi. O zbrodnie podejrzewane są różne organizacje terrorystyczne, a zadaniem agentów rządowych jest wytropienie sprawcy. Muszą to zrobić szybko, gdyż skutki wybuchu takiej bomby mogą być opłakana. Układanka jest skomplikowana i może sprawić kłopoty nawet najlepszym osobom w tej branży.

Głównym bohaterem książki jest Lauri Nurmi, choć tak naprawdę akcja toczy się wokół wielu osób. Poznajemy bliżej m. in. Katherine Henshaw, Alice Donovan i Julię Noruz. Mamy okazję zawitać w ich miejsca pracy, ale dokonujemy też wglądu w życie prywatne, uczucia, a nawet nałogi i uzależnienia. Bohaterowie to w większości ludzie z krwi i kości, rzuceni w wir pracy, dla których kariera jest całym życiem. Albo swoją egzystencję poświęcają dla rozwoju nauki. Każdy ma jakieś wady, czy słabości. Dla jednych jest to obrzydzenie do przemocy, dla kolejnych papierosy, a dla innych współczucie dla bliźnich.

Akcja pędzi jak szalona. Co chwilę dowiadujemy się o czymś nowym. W książce występuje narrator wszechwiedzący, co ułatwia sprawę. Autor "skacze" od jednego bohatera do drugiego, od jednej przygody do drugiej, przez co nie nudzi czytelnika. Szybki bieg wydarzeń powoduje, że nie mamy wrażenia, iż treść jest ciągle urywana. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Cała akcja dzieje się w Japonii i Stanach Zjednoczonych, ale problemy jakim muszą stawić czoła bohaterowie, dotyczą całego świata.

Początkowo myślałam, że ta książka będzie tylko o bombie atomowej i o tym, jak w szaleńczym tempie ktoś próbuje ją zdetonować. Oprócz szybkiej akcji i natłoku wydarzeń nie spodziewałam się niczego więcej. Jednak ten ekologiczny thriller z elementami fantastyczno-naukowymi oprócz porywających scen uprowadzeń, pościgów i walki, zawiera też pewne mądrości życiowe. Autor przekazuje nam je za pomocą nieskomplikowanych i krótkich zdań.

"Często widzimy tylko to, co chcemy zobaczyć."

"Uchylając wieko puszki Pandory, jesteśmy o krok od jej otwarcia. A jeśli to zrobimy, zamknąć ją będzie bardzo trudno."

"Bo gdy człowiek działa pod wpływem strachu i zamienia w rzeczywistość lęki ludzi, którzy mówią innymi językami, często też sprawia, że jego własne obawy stają się prawdą."

Pisarz świetnie tworzy klimat, jednak nie używa skomplikowanego słownictwa. Jego styl jest lekki i miły dla mózgu czytelnika.

Jednak bomby atomowe to trudny temat. Mimo, że autor wyjaśnia nam wiele kwestii, to część i tak pozostaje dla mnie czarną magią. Sposób działania i konstrukcji bomby był właśnie jednym z nich. Mimo, że na jednej z lekcji fizyki nauczyciel tłumaczył nam, jak taką skonstruować, to niewiele z tego pamiętam. Coś mi mówią takie słowa jak deuter, tryt, czy reaktor fuzyjny, to jednak bez pomocy wujka Google i cioci Wikipedii się nie obędzie. Swoją drogą, to najbardziej pomocna rodzinka, jaką posiada każdy internauta. Może orłem nie jestem jeśli chodzi o fizykę i chemię, ale przygłupem nazwać mnie nie można.

Miałam też kilka kłopotów z geograficzną częścią historii opowiadanej przez pana Isomaki, to jednak z tym poszło mi o wiele lepiej. Myślę, że przed lekturą dobrym przygotowaniem było obejrzenie filmu "Za szybko, za wściekle", co sprawiło, że lepiej poznałam obecną sytuację w Japonii.  I wiedziałam, co to jest Yakuza.

Początkowo nie wiedziałam też, co oznacza tytuł, gdyż przed lekturą nie pokwapiłam się, żeby przeczytać opisu. Całe szczęście, szybko zostało wyjaśnione.

Zakończenie było świetne. Bardzo podobała mi się jego nieprzewidywalność. To jedna z najlepszych książek akcji jakie czytałam, jeśli pominę fakt, że połowy gadaniny o bombach nie kumałam.

środa, 3 sierpnia 2011

Taavi Soinunvaara "Wirus Ebola w Helsinkach"



Taavi Soininvaara to jeden z najbardziej znanych fińskich autorów. Ukończył Wydział Prawa, a potem pracował w zarządach fińskich instytucji finansujących i spółek przemysłowych, aż w końcu, po sukcesie swojego debiutu, którym jest "Wirus Ebola w Helsinkach", poświęcił się zawodowo pisaniu książek. Jest także laureatem nagrody fińskiego Towarzystwa Przyjaciół Kryminału - Vuoden johtolanka.

"Wirus Ebola w Helsinkach" jest trzecim kryminałem, jaki w życiu przeczytałam. Jest to także pierwsza książka z fińskiej literatury, co także wzbudziło we mnie ciekawość. Bo jak to jest, kiedy akcja powieści toczy się gdzieś indziej niż w Polsce, Anglii, czy też Ameryce, bo to w nich najczęściej dzieje się akcja książek, które czytam? Co jeśli, Finowie piszą inaczej, niż reszta świata? Wiem, że to drugie pytanie jest absurdalne, ale wszystko jest możliwe. Jako marzycielka nie zatrzymam swoich myśli w mózgu.

Generał Raimo Siren, dowódca operacyjny fińskiej armii, potrąca śmiertelnie rowerzystkę i ucieka z miejsca wypadku. Sąd i więzienie wydają się nieuniknione. Jednak generał dowiaduje się, że fiński wirusolog Arto Ratamo wynalazł właśnie lekarstwo na zabójczy typ wirusa Ebola-Helsinki, który w połączeniu ze szczepionką można wykorzystać jako niebezpieczną i pożądaną broń biologiczną. Informacja o tym dociera także do pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego. Kto przejmie próbówki z zakażoną wirusem krwią i formułę szczepionki? Czy Jussi Ketonen - szef fińskiej Agencji Bezpieczeństwa - na czas rozwiąże zagadkę?
Co z losem całego świata? Czy człowiek, który nie ma już nic do stracenia będzie się troszczył o innych? A może będzie miał wyrzuty sumienia? Czemu niewinny naukowiec musi uciekać? Czy wszystko dobrze się skończy?

To jedna z najbardziej bogatych w akcję książek jakie czytałam. Mimo, że styl pisania autora nie jest najlepszy, to świetnie opisuje wydarzenia. bardzo ciekawie przedstawiona fabuła, dużo uwagi poświęconej ruchowi. Autor nie skupia się wielce na opisach, a uczucia są określane najprostszą z możliwych dróg. Czyta się łatwo, przyjemnie i co najważniejsze szybko. Człowiek nawet nie zauważy, kiedy zostanie mu sam epilog.

Postacie były ciekawe. Bardzo polubiłam generała Sirena. jego postępowanie było intrygujące. Uważam, że ten człowiek jest ciekawym przypadkiem psychologicznym. Jego psychika przyczyniła się do rozgrzania mojego mózgu, a nawet przegrzania, gdyż chciałam rozpracować jej działanie. W oczy rzucił mi się także Arto Ratamo. Przez dobre chęci i intrygę znalazł się w centrum całego zamieszania, do powstania którego częściowo się przyczynił. Niby narzekał na swój los zanim to wszystko się wydarzyło, to jednak przygoda była dla niego prawdziwą lekcją życia. Zaskoczyła mnie również jego chęć walki i wyjawienia światu prawdy. Pozostałe osoby były nie mniej dobre, jednak niektóre mi się myliły (zapewne przez obcobrzmiące nazwiska, z którymi nie spotykam się na co dzień).

W książce wszystko dzieje się niespodziewanie szybko. Trzeba dobrze wczytać się w tekst, by się nie pogubić, gdyż fabuła jest bardzo zawiła. Miałam z tym kilka problemów, lecz całe szczęście pod koniec wszystko udało mi się poskładać w jedną, w miarę logiczną całość.

Zakończenie bardzo mi się podobało. Już na początku domyślałam się jakie będzie, lecz takiej drogi do epilogu się nie spodziewałam. W książce można znaleźć wiele scen ucieczek, porwań, poszukiwań i wszystkiego, czego uczciwy, przeciętny obywatel nie doświadczy w realu. Nie dziwię się, że autor został nagrodzony. Książka jednak nie ma w sobie nic, co przyciągnęło by czytelnika do niej po raz drugi.

Okładka miła dla oka - ciemne kolory, a także obrazek rodem z filmu kryminalnego. Tytuł zaś mógłby wzbudzać więcej fantazji. Już z niego dowiadujemy się, gdzie toczy się akcja i czego dotyczy. Gdyby tak zamiast "Wirus Ebola w Helsinkach" zostawić tylko na przykład "Wirus"... O wiele lepiej się prezentuje! I ładniej brzmi.

Autor używa nazw ulic, o których czytelnik raczej nigdy nie słyszał i nawet nie potrafi ich wymówić na głos, a o zapamiętaniu nie ma raczej mowy. Tak samo z nazwiskami... Cóż poradzić, taki język fiński i jego uroki. Tylko się przyzwyczaić i nie zawracać sobie tym głowy, a lektura będzie udana.

Myślę, że książka warta jest uwagi i miło zajmuje czas. Będzie to wspaniałe urozmaicenie kanonu lektur współczesnego czytelnika i w jakiś sposób pozostanie w pamięci.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Bernard Cornwell "Zimowy Monarcha"



Bernard Cornwell to świetny pisarz. Podziwiam jego kunszt. Byłam pod wielkim wrażeniem jego opowieści o wikingach. Zachwyciły mnie przygody Uthereda z Bebbanburga, o których opowiadały książki "Ostatnie Królestwo" i "Zwiastun Burzy". Autorowi sławę przyniosła "Trylogia Arturiańska", więc postanowiłam przeczytać jeszcze chociaż pierwszy tom tej sagi. Jej tytuł to "Zimowy Monarcha" i opowiada o najmroczniejszych czasach w dziejach Brytanii, czyli czasach Arturiańskich.

Dumonią rządzi król Uther. Jest już stary, a jego dziedzic, Mordred, zginął w bitwie. Ojciec winą za jego śmierć obarcza swojego drugiego syna, a przyrodniego brata Mordreda, Artura. Całe szczęście, będąca w błogosławionym stanie Norwenna powiła syna. Dziecko, mimo iż kalekie, ma odziedziczyć tron i władzę. Nadano mu imię Morderd. Jednym z jego opiekunów ma zostać sam Merlin, jednak druid stawia warunek: opiekunem dziecka ma zostać również Artur. Co postanowi król? Czy powierzy życie swojego dziedzica w ręce człowieka, którego uważa za zdrajcę i twierdzi, że jest winny śmierci swojego przyrodniego brata? Czy zaufać osobie, która może chcieć śmierci Mordreda?

Gdy sięgałam po tę książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jedyne, co wiedziałam o królu Arturze było to, co zapamiętałam z lektury "Liceum Avalon" Meg Cabot i może jeszcze jakieś trzy po trzy z lekcji angielskiego, gdy to lektorowi rozwiązał się język i mieliśmy ciekawy temat o historii angielskiej. Za źródło swojej wiedzy mogę też podać film z Kierą Knightley "Król Artur". O jego dziejach wiem mniej więcej tyle, że był sobie kiedyś jakiś miecz w skale, a on go wyciągnął. Miał przyjaciela Lancelota, który popłynął za morze po żonę dla niego. Ginewra miała jakąś miksturę miłosną, która miała dać Arturowi, ale wypił ją Lancelot i się w sobie zakochali. Jednak ona i tak wyszła za Artura. I byli jeszcze jacyś Rycerze Okrągłego Stołu (a może to inna bajka?). Słyszałam też coś o przyrodnim bracie, Mordredzie, który był wcielonym złem i nie lubił Artura. I oczywiście cała ta historyjka o tym, że gdy Brytania będzie w niebezpieczeństwie to Artur powróci i ich uratuje. Tyle, jeśli chodzi o moją wiedzę. A co robi Bernard Cornwell? Twierdzi, że jestem niedouczonym głąbem i pokazuje mi historię, która obala wszelkie moje dotychczasowe wyobrażenia o dobrym, sprawiedliwym, odważnym, mężnym, najlepszym pod słońcem i Bóg jeden jeszcze wie, jakim władcy.

Owszem, Artur w opowieści Cornwella był odważny, ale był również zbyt ambitny i trochę głupi. Chciał pokoju w królestwie, które mógłby przekazać Mordredowi. Co dziwne, kochał Ginewrę, i to z wzajemnością. Wywołał wojnę zrywając zaręczyny z córką innego władcy i żeniąc się z nią. Lancelot to już całkiem inna historia. Nie zawsze był przy Arturze. Nie uważam też, by rzeczywiście był takim jego najlepszym druhem. Co dziwne, myślałam, że Merlin to stary mędrzec, a okazał się raczej starym głupcem. I nie było Rycerzy Okrągłego Stołu. Owszem, była jakaś rada i zasiadała sobie ona od czasu, do czasu, ale nie siedzieli przy żadnym stole. Nawet kwadratowym.

Nie wiem, czy podoba mi się ta nowa wizja. Chyba jako osoba kochająca świat fantastyki wolę te głupie legendy, choć i tak jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. Czytając "Trylogię Arturiańską" spodziewałam się narratora wszechwiedzącego, który by opisywał, co to się przydarzyło memu ukochanemu bohaterowi, a tymczasem...

Tymczasem narracja pierwszoosobowa, z punktu widzenia Derfela, człowieka przygarniętego i wychowanego przez Merlina, w późniejszym czasie walczącego u boku Artura. Jest to przedstawione w formie wspomnień. Zauważę jednak, że jak na powieść o dziejach Artura, trochę mało w niej Artura. Przez pierwsze sto stron, jego postać jest tylko wspominana. Dalej również sytuacja nie do końca się zmienia, bowiem Derfel opowiada o rozmowach z Ginewrą, ratowaniu Nimue, co było raczej jego prywatną sprawą. Tekst podzielony na pięć ksiąg i raczej połowa z niego nie opowiada o losach króla. A poza tym, jest istna "Moda na Sukces". Każdy z każdym i już pod koniec ciężko się połapać, kto jest rodzeństwem przyrodnim, kogo nie łączą żadne więzy, a kto jest czyją macochą. Aż dziwne, że autor się nie pogubił.

Nie do końca podoba mi się wizja "nowego Artura". Świat, jaki autor stworzył jest piękny, polubiłam nawet bohaterów, jednak nie mogę się pogodzić z faktem, że to Ten Artur. Wszystko miałoby się dużo lepiej, gdyby nie dotyczyło jednego z moich ulubionych wojowników. Trudno mi się pogodzić z faktem, że on wcale nie był idealny.

Jednak mimo wszystko zachęcam was do sięgnięcia po "Zimowego Monarchę". Ostrzegam jednak, że nie są to legendy, których nasłuchałam się dotychczas. Bernard Cornwell niszczy stereotypy i świetnie łącząc fikcję literacką z wiedzą popartą studiami, opowiada dzieje legendarnego władcy. Stworzył ciekawą i piękną historię, którą świetnie się czyta. Szkoda tylko, że zniszczył legendę.

niedziela, 24 lipca 2011

Bernard Cornwell "Zwiastun Burzy"


Bernard Cornwell to znany autor powieści historycznych. Sławę przyniosły mu "Trylogia Arturiańska" i cykl o przygodach Richarda Sharpe'a. Świetnie łączy fakty poparte rzetelnymi studiami i literacką fikcję. Królowa Elżbieta odznaczyła go nawet Orderem Imperium Brytyjskiego w dowód uznania dla jego twórczości.

Pierwszą książką Bernarda Cornwella jaką przeczytałam było "Ostatnie Królestwo". To pierwsza część z cyklu "Wojny Wikingów". Zakończyła się w bardzo intrygujący i pomysłowy sposób. W dodatku wiedza w niej zawarta wywołała we mnie podziw dla pisarza. Nie sądziłam, że historia, którą i tak uwielbiam, może być jeszcze bardziej fascynująca. Z miłą chęcią sięgnęłam po kolejny tom przygód Uthereda z Bebbanburga, zatytułowanego "Zwiastun Burzy".

Po zwycięskiej bitwie Uthered czuje się urażony, gdyż nikt nie chce przyznać, że to on zabił Ubbę, przez co popełnia kilka głupstw. Mężczyzna również nie wie, po której stronie walczyć: z Duńczykami łączy go religia i przyjaźnie, lecz królowi Alfredowi przysiągł wierność. Od jego decyzji zależeć będzie, kto zasiądzie na tronie Wessexu.

W wydarzenia opisane w powieści wplatają się krwawe bitwy, średniowieczne intrygi i prywatne życie głównego bohatera, który wcale nie jest taki świetny, jak się może wydawać. Narracja pierwszoosobowa z punktu widzenia głównego bohatera dokładnie ukazuje przebieg wszystkich wydarzeń. Pozwala nam lepiej wczuć się w klimat i poznać świat oczami Uthereda, który już nie jest chłopcem, lecz odważnym mężczyzną. Styl autora jest przyjazny i nie męczy. Młody czytelnik w bardzo ciekawy sposób poznaje historię. Jak już wspomniałam w recenzji "Ostatniego Królestwa", Bernard Cornwell pisze w sposób pełen pasji i godny podziwu. Bezboleśnie przekazuje wiedzę i mógłby konkurować z samym Rickiem Riordanem. Wikingowie w jego wydaniu to plemię, które zapada głęboko w pamięć.

Postać Uthereda nie jest przerysowana. Kreacja tego bohatera to istne dzieło sztuki. Autor świetnie ukazuje jego młodzieńczą pewność siebie oraz głupotę. Oprócz odwagi i dużych umiejętności w walce, pisarz nie pomija faktu, że jak to średniowieczny mężczyzna, Uhtered ma słabość do alkoholu i kobiet. Bardzo dużo uwagi poświęca na wewnętrzne rozdarcie głównego bohatera między dwiema walczącymi stronami. Bernard Cornwell nie szczędzi również jego życia prywatnego ukazując, że nawet on przechodzi przez kłótnię z żoną, ma problemy z swoim wyznaniem, a także nurtuje go kwestia wychowania syna, którego los nie oszczędził. To wszystko podkreśla i kształtuje charakter Uthereda.

Bardzo podobają mi się drugoplanowi bohaterowie. Pobożna żona, Królowa Cieni, król Alfred i jego żona - oni wszyscy prezentowali się wspaniale. Uważam, że ciekawy los spotkał te postacie. Autor posiada rzeszę fantastycznych pomysłów, które świetnie wykorzystuje do tworzenia tak zawiłej fabuły.

Akcja toczy się z prędkością światła. Życie Uthereda jest wręcz bardziej interesujące niż niejednego celebryty. Losy tego młodego człowieka są bardziej zawiłe, gdy ten ma dwadzieścia lat, niż większości staruszków, którzy przeżyli drugą wojnę światową.

Autor w znakomity sposób opisuje bitwy. Ich przebieg jest bardzo rzeczywisty i krwawy. Nie boi się opisywać walk. To dzięki niemu dowiedziałam się, że mężczyźni na wojnie są okrutni i nie zależy to od tego, czy są Sasami, czy też Duńczykami, albo nawet Brytami. Nie oszczędzają oni wrogich wojowników, gwałcą ich żony, a z dzieci czynią niewolników. To nie zależy od pochodzenia, bowiem wszyscy postępują tak samo. Również temu autorowi zawdzięczam to, że poznałam prawdziwe oblicze średniowiecznych ludów. Wcześniej myślałam, że Sasi są dobrzy, a Duńczycy to samo zło. To właśnie ten autor uświadomił mi, w jakim jestem błędzie. Obalił moje przekonania i pokazał, że wszyscy byli ulepieni z tej samej gliny.

Myślę, że powieści Bernarda Cornwella są bardzo oryginalne. Jeszcze się nie spotkałam, by ktoś z taką pasją opowiadał o historii. To dzięki temu autorowi udało mi się poznać ten wspaniały, wojowniczy lud. Muszę się nawet pochwalić, że moja mamusia, która powieści dobiera starannie (bo ma mało czasu), uległa moim namowom i sięgnęła po "Zimowego Monarchę" autorstwa właśnie tego pisarza. Myślę, że jego twórczość łączy pokolenia i powołuje coraz nowszych pasjonatów historii.

piątek, 15 lipca 2011

Bernard Cormwell "Ostatnie Królestwo"



Bardzo lubię historię. Pasjonują mnie bitwy i zagadki przeszłości. Uwielbiam czasy, kiedy to prawdziwy mężczyzna był odważny, chodził na wojny i nie bał się śmierci. Choć przeraża mnie kwestia higieny w czasach średniowiecznych, co również eliminuje moją chęć do przeniesienia się w tamte czasy, to jednak uwielbiam o nich słuchać. Może to zasługa dotychczasowych nauczycieli historii, a może też mojego dobrego humoru lub ówczesnego kaprysu, ale z wielkim entuzjazmem sięgnęłam po książkę Bernarda Cornwella "Ostatnie Królestwo".

Wikingowie zawsze kojarzyli mi się z barbarzyńskim ludem północy, który żył według własnych zasad. Kiedyś w szkole odbyła się "żywa lekcja historii" właśnie o tych ludach, dzięki czemu lepiej poznałam ich zwyczaje. Jak to wszystko odnosi się do książki "Ostatnie Królestwo"? Tak się składa, że zauważyła pewne różnice między tymi dwoma źródłami wiedzy i nie wiem, które w tej kwestii brać za wiarygodne. Czy to zmieniło mój sposób postrzegania powieści? Raczej nie.

Na ziemie Northumbrii (Północna Anglia) najeżdżają Duńczycy. Młody Uthered , syn Uthereda, eldormana z Bebbanburga, po bitwie z tym ludem zostaje pojmany. Jego odwaga, a zarazem głupota spodobała się jednemu z jarlów wikińskich i postanowił wychować go jak własnego syna i zrobić z niego Duńczyka.

Książka podzielona jest na kilka części. Posiada stosunkowo krótki wstęp w postaci prologu, który opowiada o tym, jak Uthered trafia w ręce wikingów. Pierwsza część, która jest najdłuższa, opisuje dzieciństwo wśród Duńczyków. Okazuje się, że te ludy również znają honor i potrafią dbać o słabszych. Wbrew pozorom troszczą się o swoje żony i córki oraz okazują im szacunek. Ten północny lud jest też bezwzględny i okrutny w stosunku do wroga, jednak nie głupi. Co najważniejsze, u nich na tytuł trzeba zapracować, nie dziedziczy się go.

Druga część to przejście Uthereda od Duńczyków na stronę Zachodnich Sasów, u boku których będzie walczyć w trzeciej części.

Uthered jest głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści. Książka jest skomponowana w formie jego wspomnień. Dzieło czyta się lekko i przyjemnie, gdyż mimo, że opowiada o wydarzeniach sprzed tysiąca lat to została napisana językiem nieco bardziej współczesnym, co wcale nie przeszkadza w wczucie się w sytuację. Autor to prawdziwy wirtuoz powieści historycznych, a jego książka zapiera dech w piersiach. Jest interesująca, a wartka akcja przyciąga czytelnika i nie pozwala odpocząć.

Autor prócz wojen opisał też zwykłe prace i codzienne obowiązki ówczesnych ludzi. Pozwala to nam lepiej przyjrzeć się życiu codziennemu. Poznajemy zwyczaje i sposoby świętowana święta Youle, dowiadujemy się o pogańskich bogach, a to wszystko w bardzo przyjemny sposób. Wydaje mi się, że w tym przypadku Bernard Cornwell mógłby konkurować z samym Rickiem Riordanem, w kategorii "Bezbolesne Przekazywanie Wiedzy".

Mam zastrzeżenia do okładki. Mężczyzna na obrazku zapewne jest Utheredem, ale przecież mężczyzna był blondynem i wątpię, by w wieku osiemnastu lat dorobił się brody. Jeśli chodzi o głównego bohatera, to dziewczyny z słabością do mężczyzn z bronią niech uważają, bo można się w nim zakochać. Jedyny problem stanowi jego okres życia, bowiem żył w IX wieku, co kategorycznie skreśla go z listy. Mimo to, nie jest to postać bez wad, bowiem jego słabym punktem jest jego głupota, choć jakby z czasem mądrzeje.

Książka to bardzo dobra pozycja i myślę, że każdy pasjonat historii się ze mną zgodzi. Myślę, że dowiedziałam się więcej z tego dzieła, niż dotychczas wpojono mi podczas całej mojej edukacji. Gdyby szkolne podręczniki do historii były równie ciekawe jak "Ostatnie Królestwo" to myślę, że większość z nas miałaby dużo lepsze oceny niż obecne.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Josephine Angelini "Spętani Przez Bogów"


Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o Josephine Angelini? Nie. I nagle jej osoba pojawia się na pierwszym planie, gdyż książkę, którą napisała okrzyknięto bestsellerem. Lecz czy aby na pewno "Spętani Przez Bogów" zasługiwali na taką uwagę?

Helena Hamilton to zwykła nastolatka. Poza wysokim wzrostem i urodą jest wyjątkowo silna i szybka, lecz stara się to ukrywać. Mieszka na niewielkiej wyspie i marzy, by kiedyś się z niej wyrwać. Pewnego dnia na wyspę sprowadzają się Delosowie. Wszyscy są podekscytowani i zainteresowani nowymi sąsiadami. Tylko nie Helena. Dziewczyna ma nadzieję, że nigdy żadnego z nich nie spotka.
Niestety, jej życzenie się nie spełnia. Już pierwszego dnia szkoły spotyka Lucasa, który wzbudza w niej szaleńczą nienawiść. Co najdziwniejsze, dziewczyna próbowała go zabić na oczach całej szkoły.

Gdy przeczytałam opis, stwierdziłam, że doczekałam się czegoś nowego. Główna bohaterka próbuje zabić chłopaka, a nie wzbudzić jego zainteresowanie, czy pocałować. Ogólnie motyw zakazanej miłości jest często wykorzystywany w gatunku paranormal romance, ale czegoś takiego jeszcze nie było. Miłość może doprowadzić do szaleństwa lub wojny. Co zrobić, gdy nie potrafisz zrezygnować z ukochanej osoby, ale nie chcesz też doprowadzić do walki, która może zniszczyć świat? Przed takim wyborem zostają postawieni bohaterowie tej powieści. I gdy nagle okazuje się, że istnieje nadzieja, zostaje ona zaprzepaszczona, choć ja nadal wierzę, że to nie jest prawda i mam nadzieję, że mam rację. To się nazywa wbicie noża w plecy, a przynajmniej tyczy się ono Heleny i Lucasa. Już kiedyś jedna autorka w swojej powieści zrobiła coś takiego, więc niektórzy mogą się domyśleć, o co chodzi.

Helena to postać, którą wyjątkowo polubiłam. Po prostu nie jestem w stanie powiedzieć o niej powiedzieć nic złego, bo nie wzbudziła we mnie żadnych negatywnych uczuć. Nie jest bohaterką bez wad i muszę przyznać, że autorka wysiliła się kreując jej postać. Co do Lucasa, to mam pewne zastrzeżenie, że to typowy idealny chłopaczek. Ten brak wad mi nie przeszkadzał, ale nie chcę, by autorka zrobiła z niego typowego Edwarda, dlatego mam nadzieję, że w kolejnych tomach tej trylogii zostanie ukazana choć jedna jego niedoskonałość.
Ale zaraz! Był przecież hybris*, ale nie wiem, czy mogę to zaliczyć to wad, bo to tradycyjna wada herosów.
Muszę przyznać, że postacie poboczne bardzo mi się podobały. Były takie naturalne i nawet polubiłam kilkoro z nich.

Czy zastanawialiście się, co by się stało, gdyby Percy Jackson założył spódnicę? Ja już wiem. Powstali by "Spętani Przez Bogów". Wątek mitologii bardzo mi się tu podoba i ze względu na niego przeczytałam tę książkę, jednak nie mogłam nie porównać jej do serii pana Riordana. Przecinanie życia przez Mojry, Wyrocznia Delficka, Wielka Przepowiednia - po prostu ciągle myślałam to Percym Jacksonie, gdy pojawiały się te wątki. Jednak jeśli patrzeć obiektywnie na całokształt, to znacznie się od siebie różnią. Ta cała sprawa z Domami, Sukcesorzy i ich talenty powodują, że to zupełnie inna bajka. Motyw Wojny Trojańskiej w współczesnym świecie był ciekawy, lecz łatwo przewidzieć, kto jest kim. Gdy tylko pojawiło się imię Hektor, już myślałam "Helena i Parys już są, jeszcze tylko Agamemnon i mamy komplet". Mimo to, powieść jeszcze może zaskoczyć czytelnika.

Książkę czyta się łatwo i lekko. Autorka używa zrozumiałego języka bez przesadnych zdobień i wzbogaceń. Świetnie opisuje relacje łączące Helenę i Lucasa, a najbardziej realistyczne były sceny, w których omal się wzajemnie nie pozabijali. Szkoda, że trwało to tak krótko. Powieść czytałam na zasadzie "jeszcze jeden rozdział" i nim się spostrzegłam doszłam do końca. Od czasów "Harry'ego Pottera" nie było takiej książki, która by mnie aż tak pochłonęła. Narracja trzecioosobowa sprawdziła się tu rewelacyjnie, a wartka akcja i dużo niespodzianek przytrzymują człowieka przy lekturze.

"Spętani Przez Bogów" to pierwsza część trylogii i mam nadzieję, że autorka nie wpadnie na genialny pomysł "przedłużenia" serii. Nie lubię takich tasiemców, a początkowo niezamierzone kontynuacje sprawiają, że robi się nieciekawie. Lubię książki, które mają swój "początek" i "koniec", a ponieważ pokochałam tę powieść właśnie tego jej życzę.

Książka jest świetną lekturą na plażę, czy też na samotne domowe wieczory. Polecam fanom mitologii, zakazanych miłości i paranormal romance, a w szczególności tym, którym przypadli do gustu "Porzuceni" Meg Cabot. Myślę, że to świetny debiut i mam nadzieję, że autorka nie poprzestanie na tej jednej trylogii,
PS.: A muzyczka w trailerze jest cudna. Zakochać się można.

*Hybris – pojęcie w kulturze starożytnej Grecji oznaczające dumę, pychę rodową lub majestat władcy, które uniemożliwiają mu prawidłowe rozpoznanie sytuacji, w której się znalazł. Pycha ta stanowi przekroczenie miary, którą bogowie wyznaczyli człowiekowi, stanowi więc wyzwanie wobec bogów i ściąga na siebie ich karę.
Źródło: wikipedia


piątek, 8 lipca 2011

Rick Riordan "Zagubiony Heros"



Pamiętacie serię "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy"? Pamiętacie Obóz Herosów? Nie? To najwyższy czas odświeżyć sobie pamięć, gdyż Rick Riordan postanowił odkurzyć stare graty i po raz kolejny wprowadzić nas do świata, w którym Bogowie Olimpijscy istnieją i mają się świetnie. Lub niekoniecznie. Jest on nam znany z serii przygód o Percy'm Jacksonie, młodym półbogu, synu Posejdona. Ale czy jesteście w stu procentach pewni, że znacie ten magiczny świat?

Trójkę młodych bohaterów poznajemy podczas wycieczki do Wielkiego Kanionu. Nagle Jason budzi się w autobusie i dochodzi do wniosku, że nic nie pamięta. Okazuje się, że ma dziewczynę, Piper, która ma skłonności kleptomańskie, a jego najlepszy kumpel, Leo, sześć razy uciekł z rodziny zastępczej. Wszyscy trafili za swoje przewinienia do Szkoły Dziczy, a ich opiekunem jest trener Hedge.

Jak to u Ricka Riordana bywa, już w pierwszym rozdziale bohaterowie natykają się na przeszkody. Młodzi herosi nie mają chwili odpoczynku, a akcja pędzi jak szalona: nowa Wielka Przepowiednia, wyprawa mająca ocalić porwaną boginię i straszna, budząca się siła, która już raz prawie powaliła Olimp. Silniejsza od tytanów. To wszystko nie wróży nic dobrego.

W tej powieści nie ma jednego głównego bohatera, wokół którego toczyłaby się akcja. Książka opowiada o przygodach trójki półbogów. Każde jest na swój sposób wyjątkowe i będzie miało udział w Wielkiej Przepowiedni, którą niektórzy poznali czytając "Ostatniego Olimpijczyka". Narracja trzecioosobowa, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Każdemu z trójki bohaterów poświęcono tyle samo uwagi: pierwsze dwa rozdziały skupiały się na Jasonie, kolejne na Piper, a następne na Leo i w kółko. To pozwala lepiej poznać i zrozumieć nastolatków, ich lęki, pragnienia, obawy. Dzięki takiemu zorganizowaniu możemy wczuć się w klimat powieści, a nie tylko skakać z "kwiatka na kwiatek", czyli od herosa do herosa.

Książka zawiera dużą dawkę dobrego humoru. Jest to jednak pierwsza książka tego autora, gdzie uśmiech nie pojawia się na twarzy kiedy czytamy spis treści. Ba!, jego tu nawet nie ma. Rozdziały są ponumerowane, a zamiast tytułu widnieje imię bohatera, który "wiedzie prym" w danym momencie. Dodatkowo bardzo spodobało mi się spisanie wszystkich bogów, którzy występują w tej powieści i ich krótka charakterystyka oraz rzymska forma (która okaże się całkiem przydatna).

W serii "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" pojawiły się luki, które teraz zostały starannie wypełnione. O rzymskich formach bogów zostało tylko napomniane, zaś teraz ten wątek się rozwija. Uważam, że autor w tej serii pokazał, że nie tylko dzieci Wielkiej Trójki są potężne. Ujawnił jakie możliwości wiąże ze sobą bycie dzieckiem takich bogów jak Hefajstos czy Afrodyta. Jeśli myślicie, że ta dama nie robi nic, tylko przegląda się w lustrze, to bardzo się mylicie.

Bohaterowie tej serii są starsi niż w innych książkach pana Riordana, to też  autor dodał tu stosowne wątki i przemyślenia. Nie brakuje tu rozważań nad uczuciami, ale nie są one aż tak bardzo rozległe, żeby się w nich zaczytywać, bo nie pozwala na to akcja. Herosi jednak mają typowe problemy nastolatków jak "To w końcu jesteśmy parą, czy nie?", " To się działo naprawdę, czy tylko mi się przyśniło?", albo "Chyba się z nią umówię". Pisarz świetnie zna mózgi małolatów, bo jest to opisane trafnie i tak młodzieżowo...

Muszę przyznać, że sceny walk i akcji są wręcz genialne. Nie mogłam się oderwać od książki i jak to przy powieściach tego autora bywa, 500 stron przeczytałam w dwa dni. Dosłownie się rzuciłam na tę książkę, kiedy już do mnie przyszła. pragnę zauważyć, że styl autora znacznie się poprawił od pierwszego tomu Percy'ego, co zapewne zauważą jego fani, ale wciąż nie uległ zmianie sposób w jaki snuje opowieść.

Na okładce przedstawiony został "środek lokomocji" wykorzystany przez naszych bohaterów wraz z pasażerami. Bardzo podoba mi się okładka i uważam, że wprost hipnotyzuje. Pragnę również zauważyć, że rysunek jest bardzo szczegółowy i zgodny z treścią, co jest dużym plusem.

Myślę, że nie trzeba znać przygód syna Posejdona, by przeczytać tę, ale nie polecam zacząć od tej, gdy macie w planach tą drugą, bo ta książka zdradza niektóre szczegóły z poprzedniego cyklu. Powieść zaskakuje i utrzymuje w niepewności, a zakończenie jest nieprzewidywalne do samego końca. A ci, którzy twierdzą, że wiedzą wszystko mogą się spodziewać, że nowa seria zaskoczy was nie raz.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Carole Nelson Douglas "Dzień Dobry, Irene"


 Jako dziecko uwielbiałam "W-11", "Detektywów" i inne seriale związane z tajemniczymi zagadkami i śledzeniem przestępców. To zainteresowanie minęło z biegiem czasu i nie podejrzewałam, że powieści detektywistyczne mogą mi się aż tak spodobać. 

Pierwszą powieścią z tego gatunku z jaką miałam styczność były "Przygody Sherlocka Holmesa", które były moją pierwszą lekturą w drugiej klasie gimnazjum. Bardzo polubiłam historię detektywa z Baker Street, to też zaintrygował mnie opis i jednocześnie skłonił do przeczytania książki "Dzień Dobry, Irene".

Irene Adler, znana śpiewaczka operowa z dużym zamiłowaniem do zagadek kryminalnych, wraz z mężem, Godfrey'em Nortonem, spędza miesiąc miodowy w Paryżu. Pewnego dnia spotyka rybaków, którzy wyłowili z Sekwany ciało mężczyzny z dziwnym tatuażem na piersi. Przypomina on inny tatuaż, który Irene widziała w Londynie. Kobieta podąża tym tropem i natyka się na wiele ciekawych poszlak, dowiaduje się o sprawach, które są trzymane w ścisłej tajemnicy.

Irene Adler to kobieta ciekawska i zakręcona. Jako śpiewaczka operowa i aktorka, wszędzie doszukuje się nowych, interesujących wyzwań aktorskich, które znacznie przyczyniają się do rozwoju śledztwa. Kobieta jest nieprzewidywalna, a zdolności jej umysłu nieograniczone. Ponieważ została uznana za zmarłą, ukrywa się pod pseudonimem madame Norton. Często używa też sztuki kamuflażu i jest przy tym nierozpoznawalna. Irene to osoba niezwykle spostrzegawcza i odważna, a dzięki pomocy męża i przyjaciółki jej śledztwo rozwija się w zaskakującym tempie mimo, że depce jej po piętach sam Sherlock Holmes.

Narratorką powieści jest Penelope Huxleigh, najlepsza przyjaciółka Irene. Jest to bardzo dobry pomysł dla tego gatunku literackiego. Przygody detektywa z Baker Street również spisał jego najlepszy przyjaciel. Dzięki temu w powieści wiele się dzieje. Tak samo jest w "Dzień Dobry, Irene". Poza samą opowieścią panny Huxleigh w książce występują też fragmenty dzienników doktora Watsona i Sherlocka Holmesa.

Bardzo podoba mi się klimat XIX'wiecznej Francji. Poczuć go można dzięki odpowiednim zwrotom, archaizmom oraz słowom w języku francuskim, użytych w powieści. No, i Paryż... Chyba nie muszę się tłumaczyć. Samo to miejsce sprawia, że mam ochotę podskoczyć. Lazurowe Wybrzeże również jest pięknym miejscem.

Sprawa nad którą pracuje Irene Adler przypomina mi trochę pierwszą część "Piratów z Karaibów", lecz nie ma tam ani odrobiny magii. Historia jest w stu procentach realna i to właśnie czyni ją taką wspaniałą.

Książka jest przepełniona akcją i niesamowitymi wydarzeniami. Mimo, iż to druga część przygód primadonny nie doskwierał mi brak znajomości pierwszej. Polecam gorąco.

piątek, 24 czerwca 2011

Rick Riordan "Czerwona Piramida"


Rick Riordan to mój ulubiony współczesny twórca. Sławę zdobył dzięki serii "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy", którą pokochałam od pierwszego wejrzenia. Zawsze byłam głąbem i nie miałam zielonego pojęcia o mitologii, jednak po przeczytaniu dzieła pana Riordana wiem więcej, niż bym się mogła spodziewać. Właśnie dlatego z utęsknieniem wpatrywałam się w tę książkę w księgarniach, a gdy już ją zdobyłam, wprost nie mogłam się powstrzymać nie przeczytania choć strony.

Carter i Sadie to rodzeństwo. Kilka lat temu, gdy zmarła ich mama, zostali rozdzieleni. Chłopiec podróżował wraz z ojcem, znanym egiptologiem Juliusem Kane'm po całym świecie, ubierał się i interesował tym, co tata, a nauki pobierał "w domu". Jego siostra miała za to normalne dzieciństwo: mieszkała z dziadkami, chodziła do szkoły, miała przyjaciół, a we włosach czerwone pasemka. Wszystko układa się doskonale, dopóki nie nadchodzi jeden z niewielu takich dni w roku, kiedy to rodzeństwo Kane jest razem, bowiem ich tata wysadza w powietrze Muzeum Brytyjskie. Od tamtej chwili mają kłopoty.

Nigdy nie lubiłam egipskiej mitologii. Bogowie, ich konflikty, powiązania rodzinne - to wszystko było dla mnie nudne. Świątynie, piramidy, pomniki, rządy faraonów, czyli cała kultura, przyprawiała mnie o mdłości. Czytając książkę "Czerwona Piramida" nie odczuwałam tej niechęci, co zwykle. Pan Riordan przedstawił wszystko w bardzo interesujący sposób. Poczułam sympatię do egipskich bogów wiedząc, że są to wciąż te same mutanty ludzkie o zwierzęcych głowach. Najbardziej przypadł mi do gustu bóg papieru toaletowego, a opis jego spotkania był wprost komiczny. Mniej przyjaźnie nastawiona wydawała mi się wielka pożeraczka salsy, lecz bardziej podobała mi się w wersji kociej, niż krowiej.

Carter i Sadie zachowywali się, jak na rodzeństwo przystało - dokuczali sobie przy każdej możliwej okazji, jednak gdy drugie miało kłopoty, pierwsze pędziło z pomocą. Każde z nich ma inne cechy charakteru. Carter był miły, posłuszny, czasem nawet lekką ciamajdą, zaś Sadie była jego przeciwieństwem - ciekawska, zakręcona dziewczyna, która wszędzie wejdzie i wszystkiego się dowie.

Narracja jest pierwszoosobowa. Tekst to jakby nagranie, z którego wysłuchujemy historii. Raz opowiada Carter, a raz Sadie, co pozwala nam lepiej poznać obydwoje bohaterów. Czasem "słychać" komentarze wymieniane przez rodzeństwo, które mogą przyprawić o bóle brzucha. Śmieszne sytuacje i zabawne dialogi to jedna z zalet książek Ricka Riordana.

Fantastyczna kreacja magicznego świata pozwala zatopić się w powieści bez opamiętania. Opisy bogate w epitety i nowoczesne porównania sprawiają, że widzimy świat oczami bohaterów i mamy "lepsze rozeznanie".

Akcja powieści początkowo toczy się w Anglii, jednak szybko przenosimy się do Stanów Zjednoczonych. Na chwilę zawitamy też do Francji i Egiptu. Autor nie daje bohaterom ani chwili wytchnienia. Książka nie jest krótka, a opisuje zaledwie kilka dni z życia rodziny Kane. 

Moim ulubionym bohaterem jest pawian. Chufu, który ma wielkie upodobanie do jedzenia, o nazwie zaczynającej się na literę "f". Ponadto polubiłam również Bastet, boginię uwielbiającą kocie żarcie.

Gdy czytałam książkę przypomniała mi się bajka pt. "Papirus". Nigdy jej nie lubiłam, jednak zauważyłam podobieństwo między nią, a książką pana Riordana. Carter to taki odpowiednik Papirusa, a Sadie była ulepszoną wersją Teti (która była strasznie wkurzająca).

Polecam tę książkę z całego serca wszystkim miłośnikom fantastyki, historii, dobrego humoru i Egiptu. Rodzeństwo Kane zapewni wam rozrywkę na cały dzień.