niedziela, 28 sierpnia 2011

Trudii Canavan "Gildia Magów"



Tak naprawdę po raz pierwszy z "Trylogią Czarnego Maga" miałam styczność w wieku lat dwunastu. Była to szkolna wycieczka, gdy wybraliśmy się do kina. Jak to zwykle bywa, przy okazji odwiedziliśmy centrum handlowe w poszukiwaniu McDonalda i kolega z klasy widząc wystawę jakiejś księgarni zaczął nawijać, że czytał tę książkę i jest świetna, a cała seria lepsza od Harry'ego Pottera. Mówił oczywiście o "Trylogii Czarnego Maga". Początkowo nie zwróciłam na to większej uwagi, gdyż okładka skojarzyła mi się z Wiedźminem (nie pytajcie, dlaczego), którego filmowej wersji nie mogłam jakoś przetrawić w dzieciństwie, co mi do tej pory dokucza. I tak oto zapomniałam o całej sprawie, aż w końcu zrobiło się głośno o "Misji Ambasadora". Wtedy sprawdziłam kilka razy, o czym jest pierwsza część i dowiedziałam się co nieco o autorce, lecz jakiegoś zafascynowania nie było. Lecz gdy w obrót wszedł "Łotr" nabrałam wielkiej ochoty, by przeczytać jakieś dzieło pani Canavan.

I tak oto wreszcie po raz pierwszy w moich rękach znalazła się "Gildia Magów". Nie spodziewałam się, że nastąpi to tak szybko, bowiem jak każdy mól książkowy posiadam dość długą listę "Chcę przeczytać" i mam wrażenie, że rośnie ona szybciej, niż ja czytam.

Jak co roku w Imardinie gromadzą się magowie, by oczyścić ulice z włóczęgów, uliczników i żebraków. Nikt nie przeciwstawia się im, gdyż chroni ich magiczna tarcza. Kiedy tłumy ludzi opuszczają miasto, kilkoro młodych buntowników ciska kamieniami w tarczę. Przez magiczną barierę przedostaje się tylko jeden z nich i dosięga jednego z magów. Jest to wielkim zaskoczeniem nawet dla młodej dziewczyny, która go rzuciła.

Gildia jest nie tylko zaskoczona, ale i zdenerwowana, bowiem oznacza to, że w mieście przebywa nieszkolony mag. Trzeba szybko odnaleźć dziewczynę, nim jej moc wymknie się spod kontroli i zniszczy wszystko wokół, łącznie z nią samą.

Książka ma ponad pięćset stron, a wciągnęła mnie niezmiernie. Nie wiedziałam, że jestem w stanie wchłonąć tyle w jeden dzień. Słyszałam wiele wypowiedzi o powieściach pani Canavan: a to, że pisze ciekawe historie, ale dużo przynudza, a to też, że tworzy wspaniałe fantastyczne światy, albo także, że właściwie, to są książki o wszystkim i o niczym. Ja jestem jak najbardziej pozytywnie nastawiona. Podoba mi się jej styl i moim zdaniem wcale nie przynudza. Trzecioosobowa narracja opowiadała nie tylko o przygodach Sonei, ale też o tym, co się działo w Gildii. Dzięki temu więcej się wydarzyło, a cała akcja była niezwykle ciekawa. Nawet nie zauważyłam, a skończyłam czytać.

Bardzo zainteresował mnie świat wykreowany przez autorkę. W dzisiejszych czasach dość rzadko spotykamy się z literaturą fantasy, bowiem większość pisarzy wykorzystuje rzeczywisty świat dodając do niego elementy magiczne i wymyślone. Tutaj mamy do czynienia z typowym dla fantasy światem - trochę podobnym do naszego średniowiecza. Spotykamy się z podziałem na warstwy społeczne, slangiem ulicznym i prawem, a także różnymi organizacjami, które je nagminnie łamią. Także bohaterowie są realistyczni.

Sonea, jako dziewczyna ze slumsów, nienawidzi Gildii. Nic dziwnego, że nie wierzy w dobre intencje magów. Ma swój własny, wyrazisty charakterem który daje się poznać w każdej chwili. Uparta, nieufna, troszcząca się o przyjaciół, nawet własnym kosztem.

Cery to taki typowy łobuziak. Może mojej sympatii nie zdobył, ale go nie potępiam. W jakimś minimalnym stopniu go lubię. Może to ze względu na rolę, jaka mu przypadła, a może ze względu na jego charakter, który również dawał o sobie znaki. Moim ulubionym magiem jest Mistrz Rothen, co zapewne nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Podoba mi się jego sposób bycia, a także to, jak odnosi się do innych. Chociaż wolałabym, żeby był wojownikiem, bo ta dziedzina magii interesuje mnie najbardziej, to polubiłam gościa. Nie wiem o nim dużo, a jednak wydaje mi się przyjazny,

Ta trójka najbardziej zapadła mi w pamięć, choć powinnam jeszcze wspomnieć o Mistrzu Fegunie, Wielkim Mistrzu i Mistrzu Ambasadorze, choć myślę, że ci większą rolę odegrają w drugiej i trzeciej części trylogii. Pierwsza skupia się dużo na poszukiwaniach Soneii, a także drodze do podjęcia decyzji przez nią, ale rozpoczyna też kilka ważnych wątków, które, mam nadzieję, będą kontynuowane w kolejnych tomach.

No i oczywiście mam już wybranego idealnego kandydata na męża głównej bohaterki i skrycie mam nadzieję, że będą razem, choć jeszcze nic na to nie wskazuje.

Bardzo podobała mi się ta książka i z wielką niecierpliwością czekam na okazję, by kupić następne tomy. Polubiłam przygody młodej pani mag i tym samym stałam się fanką samej autorki. Książkę polecam, a teraz zabieram się za wychwalanie pod niebiosa historii miłości Soneii i... Ale ciii! Nic nie powiem!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Cory Doctorow "Mały Brat"




Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest utracić wolność? Większość z nas nie wyobraża sobie bez niej życia. Właśnie dlatego nikt nie czyta naszych esemesów, nie zakłada podsłuchu na telefon i nie śledzi każdego naszego ruchu. I wyobraźcie dobie, że pewnego słonecznego dnia możecie to wszystko stracić. Nagle, na środku ulicy napada na was policja i aresztuje was i wszystkich ludzi wokół, a potem jak zwykłego bandytę wtrącają do więzienia. Potem zabierają was na przesłuchanie i każą udowodnić, że nie jesteście terrorystami, a jakiekolwiek formy buntu są tłumione torturami. Brzmi znajomo, prawda? Takie piekło przeżyli ludzie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, a także podczas zaborów. Ale to było tyle lat temu! Tylko co by się stało, gdyby działo się to w obecnych czasach? Coś takiego przydarzyło mi się siedemnastoletniemu Marcusowi, bohaterowi książki "Mały Brat" Cory'ego Doctorowa.

Na pierwszy rzut oka książka wydaje się całkiem zwyczajna. Jakiś chłopak próbuje powalić wielkiego robota za pomocą młotka. Nie ma w niej nic interesującego, jednak gdy zaczniemy czytać pojmiemy w pełni jej symbolikę. Przyjrzyjcie się dokładnie z czego jest zbudowany robot, a także zwróćcie uwagę na kształt narzędzia, które trzyma nastolateg. Już sam ten obrazek wyjaśnia nam, z czym spotkamy się w książce.

Jej autorem jest Cory Doctorow, pisarz i dziennikarz pochodzący z Kanady. Zasłynął jako autor wizjonerskich powieści, poruszających tematykę egzystencji, tożsamości i praw człowieka w świecie pełnym nowoczesnych technologii.

Marcus Yallow to nastolatek, jak każdy inny. Na co dzień zajmuje się chodzeniem do szkoły, a po godzinach spotyka się z przyjaciółmi i rozwija swoje informatyczne zainteresowania. Pewnego dnia zrywa się ze szkoły i wraz z przyjaciółmi wyrusza na poszukiwanie wskazówek do gry ARG, Harajuki Fun Madness. Jednak zamach bombowy w San Francisco uniemożliwia im dalszą zabawę. Zostają aresztowani przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego i trafiają do tajnego więzienia. Gdy zostają uwolnieni, Marcus dostrzega, jak bardzo zmienił się świat. Żyje teraz w państwie policyjnym, a każdy jego ruch  jest starannie notowany, a każdy obywatel jest traktowany jak potencjalny terrorysta. Chłopak pragnie zniszczyć DBW i odnaleźć przyjaciela, który nie wydostał się wraz z nim z więzienia. Postanawia działać.

Gdy przeczytałam tę książkę nie byłam w stanie powiedzieć nawet słowa. Po prostu musiałam się z tym przespać i poukładać wszystko na spokojnie. Nie mogłam, a może nie chciałam uwierzyć, że to wszystko mogłoby się okazać prawdą, bowiem walka jaką prowadzili bohaterowie była beznadziejna. Była jak walka z wiatrakami, a wszyscy wiemy, jak ona się skończyła, jednak wszystko wydawało mi się tak realistyczne, że nagle zaczęłam się zastanawiać, czy moje rozmowy na gadu-gadu z koleżanką nie są potajemnie przesyłane do jakiegoś urzędu, gdzie grupa ludzi sprawdza czy nie planujemy wysadzić w powietrze najbliższej Biedronki, stacji benzynowej, szkoły, czy pod co tam jeszcze moglibyśmy podłożyć bombę. Nagle zaczęłam podejrzewać, że może na mojej szkolnej legitymacji jest urządzenie śledzące, co sprawia, że policja w każdej chwili wie, gdzie jestem. To byłoby wkurzające uczucie, prawda? A przecież na co dzień denerwują mnie pytania rodziców, gdzie idę i kiedy wrócę. Tylko między tymi dwoma kontrolami jest różnica - jedne opiera się na braku zaufania, a drugie na jego obecności. Nie wiem, jak wy, ale ja wolę swoją sytuację.

Autor stworzył godny podziwu świat technologii i postępu. Byłam pod wrażeniem tego, jak rozwiązał niektóre sytuacje. Tłumaczył dokładnie w jaki sposób działają wszystkie urządzenia i porównywał do czegoś prostego, zrozumiałego nawet dla ludzi, którzy nie mają o niczym pojęcia. Podobało mi się to, gdyż mimo, że jestem lewa z zajęć technicznych i informatycznych, to byłam w stanie chociaż z grubsza orientować się w ich działaniu.

Bohaterowie byli realni. Popełniali błędy i uczyli się na nich. Mieli tajemnice, wady i zalety. Początkowo polubiłam Vanessę i brakowało mi jej później. Tak samo Darryla. Jednak autor o nich nie zapomniał. Postacie stworzył tak, że nawet "te debile z DBW", które były tak denerwujące, że miałam ochotę ich pobić, nie sprawiły, że chciałam odłożyć lekturę. Wręcz przeciwnie, tylko rozpalały moją ciekawość.

Cała historia została nam przedstawiona z punktu widzenia Marcusa. Pierwszoosobowa narracja pozwalała włożyć na siebie skórę bohatera i poczuć się jak on. Nie dziwię się, że autor zdobył prestiżowe nagrody literackie, takie jak Campbell i Lucas. Kiedy ktoś pisze tak jak on, to od książki ciężko się oderwać. Ta powieść to trzysta sześćdziesiąt dwie strony małego, lecz nienadwyrężającego wzroku druczku, w którym zapisana jest przygoda, której nie pobije nawet cała seria Darów Anioła, Akademii Wampirów, Harry'ego Pottera, czy co tam jeszcze uważacie za najlepsze. Dzieło Cory'ego Doctorowa dostarcza o wiele więcej emocji.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam książkę, pomyślałam, że nie jest warta mojego czasu. Teraz widzę, jak bardzo się myliłam.

Pierwsze, co zastanawia człowieka to tytuł, bowiem nie jest to książka o młodszym braciszku, czy małym chłopcu, na co może on wskazywać. W czasie czytania wszystkie wątpliwości zostają rozwiane. Nie powiem, kto to jest, żeby nie psuć czytania.

Czasem warto porównać książkę do jakiegoś innego dzieła. Myślę, że tu odpowiedni będzie "Kosogłos", czyli trzecia część trylogii "Igrzyska Śmierci" Suzanne Collins. Tu też bohaterowie walczą z systemem. Mogę śmiało podpisać się pod tą książką nogami i rękami, gdyż uważam, że jest ona warta polecenia.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Risto Isomaki "Lit-6"



Od niedawna próbuję co raz to innych gatunków literackich. Ja, zagorzała fanka szeroko pojętej fantastyki i niektórych paranormalnych romansów, gdzie wątek miłości schodzi na dalszy plan, zaczęłam czytać powieści historyczne, obyczajowe i kryminały. Nie ma to jak poszerzenie horyzontów, ale od czegoś trzeba zacząć. Kolejką pozycją, która miała za zadanie urozmaicić mój świat był "Lit-6".

Autorem powieści jest fiński pisarz i dziennikarz, Risto Isomaki. Dużo czasu poświęca zagadnieniom związanym z energią jądrową i globalnym ociepleniem. Pisarz znany jest z takich powieści jak "Przebudzenie", "Piasek Sarasvati", "Klęska Gilgameusza" czy "Rycerze Ciemnej Chmury". W jego dorobku literackim znajdziemy także zbiór opowiadań pt. "Kryształowa róża". "Lit-6" to szóste dzieło autora. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z jego dziełem, a to będzie decydujące spotkanie.

Pewnego pięknego dnia w Japonii dochodzi do kradzieży izotopu litu. Na świecie ginie także nieco izotopu plutonu. Dzięki tym substancjom można skonstruować bombę atomową, która może spowodować śmierć pół miliarda ludzi. O zbrodnie podejrzewane są różne organizacje terrorystyczne, a zadaniem agentów rządowych jest wytropienie sprawcy. Muszą to zrobić szybko, gdyż skutki wybuchu takiej bomby mogą być opłakana. Układanka jest skomplikowana i może sprawić kłopoty nawet najlepszym osobom w tej branży.

Głównym bohaterem książki jest Lauri Nurmi, choć tak naprawdę akcja toczy się wokół wielu osób. Poznajemy bliżej m. in. Katherine Henshaw, Alice Donovan i Julię Noruz. Mamy okazję zawitać w ich miejsca pracy, ale dokonujemy też wglądu w życie prywatne, uczucia, a nawet nałogi i uzależnienia. Bohaterowie to w większości ludzie z krwi i kości, rzuceni w wir pracy, dla których kariera jest całym życiem. Albo swoją egzystencję poświęcają dla rozwoju nauki. Każdy ma jakieś wady, czy słabości. Dla jednych jest to obrzydzenie do przemocy, dla kolejnych papierosy, a dla innych współczucie dla bliźnich.

Akcja pędzi jak szalona. Co chwilę dowiadujemy się o czymś nowym. W książce występuje narrator wszechwiedzący, co ułatwia sprawę. Autor "skacze" od jednego bohatera do drugiego, od jednej przygody do drugiej, przez co nie nudzi czytelnika. Szybki bieg wydarzeń powoduje, że nie mamy wrażenia, iż treść jest ciągle urywana. Książkę czyta się szybko i przyjemnie. Cała akcja dzieje się w Japonii i Stanach Zjednoczonych, ale problemy jakim muszą stawić czoła bohaterowie, dotyczą całego świata.

Początkowo myślałam, że ta książka będzie tylko o bombie atomowej i o tym, jak w szaleńczym tempie ktoś próbuje ją zdetonować. Oprócz szybkiej akcji i natłoku wydarzeń nie spodziewałam się niczego więcej. Jednak ten ekologiczny thriller z elementami fantastyczno-naukowymi oprócz porywających scen uprowadzeń, pościgów i walki, zawiera też pewne mądrości życiowe. Autor przekazuje nam je za pomocą nieskomplikowanych i krótkich zdań.

"Często widzimy tylko to, co chcemy zobaczyć."

"Uchylając wieko puszki Pandory, jesteśmy o krok od jej otwarcia. A jeśli to zrobimy, zamknąć ją będzie bardzo trudno."

"Bo gdy człowiek działa pod wpływem strachu i zamienia w rzeczywistość lęki ludzi, którzy mówią innymi językami, często też sprawia, że jego własne obawy stają się prawdą."

Pisarz świetnie tworzy klimat, jednak nie używa skomplikowanego słownictwa. Jego styl jest lekki i miły dla mózgu czytelnika.

Jednak bomby atomowe to trudny temat. Mimo, że autor wyjaśnia nam wiele kwestii, to część i tak pozostaje dla mnie czarną magią. Sposób działania i konstrukcji bomby był właśnie jednym z nich. Mimo, że na jednej z lekcji fizyki nauczyciel tłumaczył nam, jak taką skonstruować, to niewiele z tego pamiętam. Coś mi mówią takie słowa jak deuter, tryt, czy reaktor fuzyjny, to jednak bez pomocy wujka Google i cioci Wikipedii się nie obędzie. Swoją drogą, to najbardziej pomocna rodzinka, jaką posiada każdy internauta. Może orłem nie jestem jeśli chodzi o fizykę i chemię, ale przygłupem nazwać mnie nie można.

Miałam też kilka kłopotów z geograficzną częścią historii opowiadanej przez pana Isomaki, to jednak z tym poszło mi o wiele lepiej. Myślę, że przed lekturą dobrym przygotowaniem było obejrzenie filmu "Za szybko, za wściekle", co sprawiło, że lepiej poznałam obecną sytuację w Japonii.  I wiedziałam, co to jest Yakuza.

Początkowo nie wiedziałam też, co oznacza tytuł, gdyż przed lekturą nie pokwapiłam się, żeby przeczytać opisu. Całe szczęście, szybko zostało wyjaśnione.

Zakończenie było świetne. Bardzo podobała mi się jego nieprzewidywalność. To jedna z najlepszych książek akcji jakie czytałam, jeśli pominę fakt, że połowy gadaniny o bombach nie kumałam.

środa, 3 sierpnia 2011

Taavi Soinunvaara "Wirus Ebola w Helsinkach"



Taavi Soininvaara to jeden z najbardziej znanych fińskich autorów. Ukończył Wydział Prawa, a potem pracował w zarządach fińskich instytucji finansujących i spółek przemysłowych, aż w końcu, po sukcesie swojego debiutu, którym jest "Wirus Ebola w Helsinkach", poświęcił się zawodowo pisaniu książek. Jest także laureatem nagrody fińskiego Towarzystwa Przyjaciół Kryminału - Vuoden johtolanka.

"Wirus Ebola w Helsinkach" jest trzecim kryminałem, jaki w życiu przeczytałam. Jest to także pierwsza książka z fińskiej literatury, co także wzbudziło we mnie ciekawość. Bo jak to jest, kiedy akcja powieści toczy się gdzieś indziej niż w Polsce, Anglii, czy też Ameryce, bo to w nich najczęściej dzieje się akcja książek, które czytam? Co jeśli, Finowie piszą inaczej, niż reszta świata? Wiem, że to drugie pytanie jest absurdalne, ale wszystko jest możliwe. Jako marzycielka nie zatrzymam swoich myśli w mózgu.

Generał Raimo Siren, dowódca operacyjny fińskiej armii, potrąca śmiertelnie rowerzystkę i ucieka z miejsca wypadku. Sąd i więzienie wydają się nieuniknione. Jednak generał dowiaduje się, że fiński wirusolog Arto Ratamo wynalazł właśnie lekarstwo na zabójczy typ wirusa Ebola-Helsinki, który w połączeniu ze szczepionką można wykorzystać jako niebezpieczną i pożądaną broń biologiczną. Informacja o tym dociera także do pułkownika rosyjskiego wywiadu wojskowego. Kto przejmie próbówki z zakażoną wirusem krwią i formułę szczepionki? Czy Jussi Ketonen - szef fińskiej Agencji Bezpieczeństwa - na czas rozwiąże zagadkę?
Co z losem całego świata? Czy człowiek, który nie ma już nic do stracenia będzie się troszczył o innych? A może będzie miał wyrzuty sumienia? Czemu niewinny naukowiec musi uciekać? Czy wszystko dobrze się skończy?

To jedna z najbardziej bogatych w akcję książek jakie czytałam. Mimo, że styl pisania autora nie jest najlepszy, to świetnie opisuje wydarzenia. bardzo ciekawie przedstawiona fabuła, dużo uwagi poświęconej ruchowi. Autor nie skupia się wielce na opisach, a uczucia są określane najprostszą z możliwych dróg. Czyta się łatwo, przyjemnie i co najważniejsze szybko. Człowiek nawet nie zauważy, kiedy zostanie mu sam epilog.

Postacie były ciekawe. Bardzo polubiłam generała Sirena. jego postępowanie było intrygujące. Uważam, że ten człowiek jest ciekawym przypadkiem psychologicznym. Jego psychika przyczyniła się do rozgrzania mojego mózgu, a nawet przegrzania, gdyż chciałam rozpracować jej działanie. W oczy rzucił mi się także Arto Ratamo. Przez dobre chęci i intrygę znalazł się w centrum całego zamieszania, do powstania którego częściowo się przyczynił. Niby narzekał na swój los zanim to wszystko się wydarzyło, to jednak przygoda była dla niego prawdziwą lekcją życia. Zaskoczyła mnie również jego chęć walki i wyjawienia światu prawdy. Pozostałe osoby były nie mniej dobre, jednak niektóre mi się myliły (zapewne przez obcobrzmiące nazwiska, z którymi nie spotykam się na co dzień).

W książce wszystko dzieje się niespodziewanie szybko. Trzeba dobrze wczytać się w tekst, by się nie pogubić, gdyż fabuła jest bardzo zawiła. Miałam z tym kilka problemów, lecz całe szczęście pod koniec wszystko udało mi się poskładać w jedną, w miarę logiczną całość.

Zakończenie bardzo mi się podobało. Już na początku domyślałam się jakie będzie, lecz takiej drogi do epilogu się nie spodziewałam. W książce można znaleźć wiele scen ucieczek, porwań, poszukiwań i wszystkiego, czego uczciwy, przeciętny obywatel nie doświadczy w realu. Nie dziwię się, że autor został nagrodzony. Książka jednak nie ma w sobie nic, co przyciągnęło by czytelnika do niej po raz drugi.

Okładka miła dla oka - ciemne kolory, a także obrazek rodem z filmu kryminalnego. Tytuł zaś mógłby wzbudzać więcej fantazji. Już z niego dowiadujemy się, gdzie toczy się akcja i czego dotyczy. Gdyby tak zamiast "Wirus Ebola w Helsinkach" zostawić tylko na przykład "Wirus"... O wiele lepiej się prezentuje! I ładniej brzmi.

Autor używa nazw ulic, o których czytelnik raczej nigdy nie słyszał i nawet nie potrafi ich wymówić na głos, a o zapamiętaniu nie ma raczej mowy. Tak samo z nazwiskami... Cóż poradzić, taki język fiński i jego uroki. Tylko się przyzwyczaić i nie zawracać sobie tym głowy, a lektura będzie udana.

Myślę, że książka warta jest uwagi i miło zajmuje czas. Będzie to wspaniałe urozmaicenie kanonu lektur współczesnego czytelnika i w jakiś sposób pozostanie w pamięci.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Bernard Cornwell "Zimowy Monarcha"



Bernard Cornwell to świetny pisarz. Podziwiam jego kunszt. Byłam pod wielkim wrażeniem jego opowieści o wikingach. Zachwyciły mnie przygody Uthereda z Bebbanburga, o których opowiadały książki "Ostatnie Królestwo" i "Zwiastun Burzy". Autorowi sławę przyniosła "Trylogia Arturiańska", więc postanowiłam przeczytać jeszcze chociaż pierwszy tom tej sagi. Jej tytuł to "Zimowy Monarcha" i opowiada o najmroczniejszych czasach w dziejach Brytanii, czyli czasach Arturiańskich.

Dumonią rządzi król Uther. Jest już stary, a jego dziedzic, Mordred, zginął w bitwie. Ojciec winą za jego śmierć obarcza swojego drugiego syna, a przyrodniego brata Mordreda, Artura. Całe szczęście, będąca w błogosławionym stanie Norwenna powiła syna. Dziecko, mimo iż kalekie, ma odziedziczyć tron i władzę. Nadano mu imię Morderd. Jednym z jego opiekunów ma zostać sam Merlin, jednak druid stawia warunek: opiekunem dziecka ma zostać również Artur. Co postanowi król? Czy powierzy życie swojego dziedzica w ręce człowieka, którego uważa za zdrajcę i twierdzi, że jest winny śmierci swojego przyrodniego brata? Czy zaufać osobie, która może chcieć śmierci Mordreda?

Gdy sięgałam po tę książkę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Jedyne, co wiedziałam o królu Arturze było to, co zapamiętałam z lektury "Liceum Avalon" Meg Cabot i może jeszcze jakieś trzy po trzy z lekcji angielskiego, gdy to lektorowi rozwiązał się język i mieliśmy ciekawy temat o historii angielskiej. Za źródło swojej wiedzy mogę też podać film z Kierą Knightley "Król Artur". O jego dziejach wiem mniej więcej tyle, że był sobie kiedyś jakiś miecz w skale, a on go wyciągnął. Miał przyjaciela Lancelota, który popłynął za morze po żonę dla niego. Ginewra miała jakąś miksturę miłosną, która miała dać Arturowi, ale wypił ją Lancelot i się w sobie zakochali. Jednak ona i tak wyszła za Artura. I byli jeszcze jacyś Rycerze Okrągłego Stołu (a może to inna bajka?). Słyszałam też coś o przyrodnim bracie, Mordredzie, który był wcielonym złem i nie lubił Artura. I oczywiście cała ta historyjka o tym, że gdy Brytania będzie w niebezpieczeństwie to Artur powróci i ich uratuje. Tyle, jeśli chodzi o moją wiedzę. A co robi Bernard Cornwell? Twierdzi, że jestem niedouczonym głąbem i pokazuje mi historię, która obala wszelkie moje dotychczasowe wyobrażenia o dobrym, sprawiedliwym, odważnym, mężnym, najlepszym pod słońcem i Bóg jeden jeszcze wie, jakim władcy.

Owszem, Artur w opowieści Cornwella był odważny, ale był również zbyt ambitny i trochę głupi. Chciał pokoju w królestwie, które mógłby przekazać Mordredowi. Co dziwne, kochał Ginewrę, i to z wzajemnością. Wywołał wojnę zrywając zaręczyny z córką innego władcy i żeniąc się z nią. Lancelot to już całkiem inna historia. Nie zawsze był przy Arturze. Nie uważam też, by rzeczywiście był takim jego najlepszym druhem. Co dziwne, myślałam, że Merlin to stary mędrzec, a okazał się raczej starym głupcem. I nie było Rycerzy Okrągłego Stołu. Owszem, była jakaś rada i zasiadała sobie ona od czasu, do czasu, ale nie siedzieli przy żadnym stole. Nawet kwadratowym.

Nie wiem, czy podoba mi się ta nowa wizja. Chyba jako osoba kochająca świat fantastyki wolę te głupie legendy, choć i tak jestem pod wrażeniem świata stworzonego przez autora. Czytając "Trylogię Arturiańską" spodziewałam się narratora wszechwiedzącego, który by opisywał, co to się przydarzyło memu ukochanemu bohaterowi, a tymczasem...

Tymczasem narracja pierwszoosobowa, z punktu widzenia Derfela, człowieka przygarniętego i wychowanego przez Merlina, w późniejszym czasie walczącego u boku Artura. Jest to przedstawione w formie wspomnień. Zauważę jednak, że jak na powieść o dziejach Artura, trochę mało w niej Artura. Przez pierwsze sto stron, jego postać jest tylko wspominana. Dalej również sytuacja nie do końca się zmienia, bowiem Derfel opowiada o rozmowach z Ginewrą, ratowaniu Nimue, co było raczej jego prywatną sprawą. Tekst podzielony na pięć ksiąg i raczej połowa z niego nie opowiada o losach króla. A poza tym, jest istna "Moda na Sukces". Każdy z każdym i już pod koniec ciężko się połapać, kto jest rodzeństwem przyrodnim, kogo nie łączą żadne więzy, a kto jest czyją macochą. Aż dziwne, że autor się nie pogubił.

Nie do końca podoba mi się wizja "nowego Artura". Świat, jaki autor stworzył jest piękny, polubiłam nawet bohaterów, jednak nie mogę się pogodzić z faktem, że to Ten Artur. Wszystko miałoby się dużo lepiej, gdyby nie dotyczyło jednego z moich ulubionych wojowników. Trudno mi się pogodzić z faktem, że on wcale nie był idealny.

Jednak mimo wszystko zachęcam was do sięgnięcia po "Zimowego Monarchę". Ostrzegam jednak, że nie są to legendy, których nasłuchałam się dotychczas. Bernard Cornwell niszczy stereotypy i świetnie łącząc fikcję literacką z wiedzą popartą studiami, opowiada dzieje legendarnego władcy. Stworzył ciekawą i piękną historię, którą świetnie się czyta. Szkoda tylko, że zniszczył legendę.