niedziela, 30 października 2011

Rick Riordan "Ognisty Tron"


"Zwykły dzień rodziny Kane, czyli wielki wąż za pięć dni połknie słońce i inne pierdoły!"

Rick Riordan to jeden z najsławniejszych pisarzy ostatnich czasów. Książka "Złodziej Pioruna", pierwszy tom z cyklu "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy", zapewniła mu wysoką pozycję wśród autorów powieści młodzieżowych. Zyskał także ogromną ilość fanów, którzy z wielką niecierpliwością wyczekują kolejnych książek. Pan Riordan obecnie zajmuje się pisaniem, co muszę przyznać, wychodzi mu znakomicie! Jego książki sprzedają się jak świeże bułeczki i nic w tym dziwnego, bowiem autor łączy szarą rzeczywistość z magicznymi elementami, a także odrobiną humoru, a to wszystko przyprawione dużą ilością akcji. Taki prosty przepis, a bestseller murowany!

Pierwszy tom z cyklu "Kroniki Rodu Kane" przeczytałam na początku wakacji. Była to niesamowita lektura, która wzbudziła we mnie nić sympatii do mitologii egipskiej i sprawiła, że z mniejszym przerażeniem wspominam bajkę "Papirus", która prześladowała mnie przez całe dzieciństwo i przez nią miałam wielką traumę przez połowę mojego dotychczasowego życia.

"Ognisty Tron" to kontynuacja "Czerwonej Piramidy". Akcja dzieje się dwa miesiące po wydarzeniach z pierwszego tomu. Carter i Sadie kochają napięte terminy, a my już doskonale o tym wiemy. Tym razem światu grozi zagłada, gdyż wielki wąż (Apopis) zamierza uwolnić się ze swojego więzienia i połknąć słońce (boga Ra). Rodzeństwo ma pięć dni na odnalezienie trzech części Księgi Ra i obudzenie boga Słońca, który nie wiadomo gdzie się podziewa, zanim świat pogrąży się w chaosie. Prosta sprawa, prawda? Dodajmy tylko, że po piętach drepczą im magowie z Domu Życia i nieprzyjaźnie nastawione bóstwa. Bułka z masłem.

Sadie to dziewczyna z charakterem, nosi glany i ma kolorowe pasemka we włosach. Jest z pozoru zwyczajną nastolatką, chociaż tak naprawdę potrafi zajść za skórę. Uwielbia męczyć swojego brata, mimo, że jest od niego młodsza. Kocha się w Anubisie, bogu śmierci. Jednak teraz pojawia się nowy obiekt westchnień - przystojny mag, o dziwnym zainteresowaniu amuletami, imieniem Walt. Jej brat, Carter, jest "czarującym niezdarą". Mądry, ale mimo wszystko często się zapomina. Biedaczek, zakochał się w uszebti, a właściwa dziewczyna została ukryta przez Iskandara, poprzedniego przywódcę Domu Życia, który obecnie spoczywa w grobie. Jedyny problem Cartera polega na tym, że nie spocznie, póki jej nie odnajdzie. Tylko gdzie ona jest? Nikt się nie pofatygował, żeby mu o tym powiedzieć.

To właśnie rodzeństwo Kane. Różnią się od siebie, ale mimo wszystko coś ich łączy. Wyruszają w podróż, której celem jest znalezienie wszystkich trzech części Księgi Ra. Ich opiekunem zostanie karli bóg, uwielbiający szybką jazdę i czekoladę.

Właściwie to moją ulubioną mitologią zawsze będzie grecka, a ulubioną książką powiązaną z mitologią "Złodziej Pioruna", to jednak "Kroniki Rodu Kane" mocno wyryły ślady w mojej pamięci. To ta książka pokazała, że z rodzeństwem nie trzeba się nudzić. Postacie są tak realne, że miałam wrażenie, że mogę ich dotknąć, albo minęłam ich na ulicy poprzedniego dnia. To było niesamowite uczucie. Autor tak wspaniale wykreował wszystkich, którzy występowali w tej powieści, że nie sposób ich nie lubić, nawet jeśli są źli, tak jak Apopis. To oni sprawiali, że lektura była przyjemnością i z każdą kolejną stroną chciałam więcej.

Akcja nie straciła swojego tempa. Nadal przypomina jazdę kolejką rozpędzoną kolejką. Jedno nie zdąży się skończyć, drugie się już zaczyna. Ciągle coś się dzieje. Nie ma zastojów. Wydarzeń jest dużo, ale książka mimo wszystko jest logiczna i nie przeczy sama sobie, jak to czasem bywa.

Autor napisał książkę stosując narrację pierwszoosobową, raz z punktu widzenia Cartera, a raz Sadie. Każde z nich miało coś do powiedzenia, a autor świetnie wczuwał się w ich postacie. Ukazał ich odmienne charaktery i myśli, nie zlewając tej dwójki bohaterów w jedną całość. W dodatku tak opisywał wydarzenia i emocje, że czytając nie mogłam odróżnić odczuć bohatera od swoich. Oczywiście nie brakowało zabawnych komentarzy i wielkiego humoru autora, z którego słyną wszystkie jego książki.

Rick Riordan świetnie wiąże mitologię z naszym światem. Wplata egipskie mity tak, jakby rzeczywiście były jego częścią. To z jego książek wiem o mitologii więcej, niż bym się nauczyła w szkole. Łączy przyjemne z pożytecznym, a każdy, nawet osoba niechętnie czytająca, przyzna, że przygody rodzeństwa Kane się jej podobały.

Na moją listę zalet dodam także pewnego przystojnego boga, który urzekł mnie swoim urokiem osobistym. Tak, mowa tu o władcy papieru toaletowego alias Anubis. Mimo, że nie jest postacią pierwszoplanową, to jednak zakochałam się w tym gościu. Ma w sobie coś, co sprawia, że gdy tylko się pojawia na mojej twarzy gości uśmiech. Nic dziwnego, że Sadie na niego leci. Sama bym się chętnie z nim wybrała na randkę, nawet jeśli miejscem spotkania byłaby kawiarenka "Pod Nagrobkiem", gdzie serwują tylko kotlety z umarlaka i śmiercionośne napoje.

W tej części jednak pojawią się kolejne pytania, na które nie uzyskamy odpowiedzi. Niby z pozoru wszystko kończy się jak w normalnej książce, to jednak pozostają sprawy niewyjaśnione. I to jest to, co kocham w książkach tego autora. Sprawia, że czytelnik chce jeszcze i jeszcze, a przygody nigdy się nie znudzą.

Ten tom jest jeszcze bardziej wybuchowy, magiczny i wciągający niż poprzedni. Z nim nie będziecie się nudzić! Niesamowita, pełna emocji, dostarczy niezapomnianych przeżyć. Sprawi, że mitologia nie będzie już taka straszna i miło spędzicie czas!

niedziela, 23 października 2011

Cassandra Clare "Mechaniczny Anioł"



"Każdy jest kimś"

Cassandra Clare to autorka bestsellerowej serii "Dary Anioła", która zdobyła rzeszę fanów na całym świecie. "Diabelskie Maszyny" to prequel do znanych i lubianych powieści o przygodach Nocnych Łowców. Ponieważ przeczytałam to, co byłam w stanie przeczytać, czyli wszystko, co zostało już wydane z "Darów Anioła", a ostatnia książka trochę mnie rozczarowała (czytaj "Miasto Upadłych Aniołów), to jednak przywiązałam się do świata, który stworzyła Cassandra Clare, więc bez dłuższego wahania sięgnęłam po "Mechanicznego Anioła".

Szesnastoletnia Tessa Gray pokonuje drogę przez ocean, by wśród krętych uliczek Londynu znaleźć brata. Lecz zamiast niego, w porcie czekają na nią dwie kobiety - pani Dark i pani Black, które twierdzą, że o właśnie on je po nią przysłał. Damy każą się nazywać Mrocznymi Siostrami i nie wzbudzają wielkiego zaufania w dziewczynie. Jednak, co może zrobić, jeśli pokazują jej pierścień brata, niż tylko poddać się ich woli? Udaje się z nimi i tym sposobem trafia do Klubu Pandemonium, gdzie się dowiaduje, że wcale nie jest taka zwyczajna, jak sądziła.

Niczym na ratunek do akcji wkraczają Nocni Łowcy. To oni utrzymują porządek w świecie, do którego trafiła Tessa. Wilkołaki, wampiry, czarodzieje... Świat wcale nie jest taki prosty, jak uważają ludzie. Dziewczyna posiada nadzwyczajne zdolności i jest obiektem pożądania wielu magicznych stworzeń. Nocni Łowcy proponują jej układ: pomoc w odnalezieniu brata w zamian za pomoc w wyjaśnieniu sprawy Klubu Pandemonium. A jest ona bardziej skomplikowana, niż w najgorszych snach.

W ten oto sposób poznajemy dwóch przystojnych na swój sposób panów amantów: Williama Herondale i Jamesa Carstairsa, zwanych również Will i Jem. Obaj oczywiście mają wielką urodę i coś przyciągającego. Są parabatai, czyli parą wojowników, którzy przysięgli strzec wzajemnie swoich pleców, a każdy posiada jakąś tajemnicę. Oczywiście zwiastuje to trójkąt miłosny, jak już większość zapewne zdołała zauważyć. Will jest taką przestarzałą wersją Jace'a. Mimo, że jest wspaniały i lubię złych chłopców, bardzo przypomina mi bohatera "Darów Anioła". Jego charakter, odzywki, nutka cynizmu... Ale autorce nie udało się powtórzyć tutaj fenomenu postaci, bowiem Jace jest jedyny w swoim rodzaju. Bardzo polubiłam obu panów, ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że Will jest jego podróbką. Jem to inna historia, całkowite przeciwieństwo swojego przyjaciela. Dobry, jasnowłosy, azjata... To ostatnie się kupy nie trzymało, ale zostaje później wyjaśnione i jak się okazuje, wiąże się z tym bardzo interesująca historia. Chłopak ogólnie jest łagodny i tak dobry, że aż mdły, ale mimo wszystko miał bardzo wyrazisty charakter i jakoś się odznaczał na tle innych, bardziej ciekawych postaci.

Tessa, to dziewczyna, która wcale nie szuka kłopotów, ale jednak w nie wpada. Bo każdy jest kimś, a kim jest ona? Tego jeszcze nie wie, i raczej nie prędko się dowie. Myślę, że jest trochę ślepo zapatrzona w to, co wierzy i to, co uważa za dobre i słuszne. Jest także strasznie tchórzliwa, bo kiedy wszyscy walczą, ona podwija spódnicę i daje nogę. Jednak jest pomysłowa i całkiem niegłupia. Owszem, bywa irytująca, ale tak jak Clary w "Darach Anioła", jej zachowanie ujdzie w tłumie wydarzeń.

Pozostali bohaterowie raczej mnie nie denerwowali, chyba, że nie liczyć Nate'a, brata Tessy. Jego zachowanie, to jak dziewczyna go traktuje i każe traktować... Jego osoba działała na mnie jak łapka na muchy - dobijająco. Jeśli zaś chodzi o innych Nocnych Łowców to bardzo, ale i to bardzo, podobała mi się ich kreacja. Pojawiła się osoba, która nie chce być tym, kim jest, osoba, która walczy o to, by być kimś więcej i osoba, która ma wielką pasję. W dodatku pojawił się Magnus Bane. Sporadycznie, bo może ze dwa razy, ale jego postać podbudowała mnie na duchu, gdyż uwielbiam tego czarodzieja.

Jednym z wątków będzie trójkąt miłosny, bo już się na to zapowiada. Ta część to było takie lekkie wprowadzenie w dalsze losy życia uczuciowego bohaterów, jednak w następnym możemy się spodziewać scenek miłosnych między Tessą a Jemem, bądź Willem. Nie będę ukrywać, że bardziej interesują mnie te drugie, bowiem zapowiadają się ciekawiej. Nie lubię trójkątów miłosnych, ale jeśli temu wątkowi nie będzie poświęcane zbyt wiele uwagi, to może mi się nawet spodobać. 

Akcja szybko się rozwija, a kiedy następuje pozorne rozwiązanie sytuacji i czytelnik nie spodziewa się już niczego zaskakującego, wtedy nagle wszystko wywraca się do góry nogami. I cała zabawa zaczyna się od nowa, tylko w przyspieszonym tempie, a wiele spraw jest bardziej skomplikowana, niż dotychczas. Zakończenie wyjaśnia niestety tylko część z nich, a by poznać resztę musimy sięgnąć po kolejny tom. 

Autorka ma wciąż ten sam styl, dzięki Niebiosom, co powoduje, że książkę czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Dzięki niemu przeniosłam się do świata Nocnych Łowców w współczesnym Nowym Jorku, umożliwił mi on także znalezienie się w Londynie za czasów królowej Wiktorii, pełnego wampirów, wilkołaków i innych stworzeń. Stworzył niesamowity klimat i pozwolił wczuć się w sytuację, jednak wydaje mi się, że nie miał on nic wspólnego z epoką wiktoriańską. Język bohaterów i narracja nie pochodziły z epoki.

Co tu jest machiną napędzającą akcję? Tajemniczy Mistrz, jego plany i próba odnalezienia brata Tessy. Wszystko bardzo zgrabnie przeplata się między sobą i podsyca apetyt czytelnika.

Uwielbiam "Dary Anioła" za Jace'a, akcję, świat przedstawiony. Nie jest ona pozbawiona jednak wszelkich wad, bowiem głupia bohaterka i jej denerwujący kumpel nie należą do moich ulubionych postaci. Tak samo jest z "Diabelskimi Maszynami". Jest klimat, ciekawa historia, a także podobieństwo Willa do Jace'a, irytujący brat Tessy, a także ona sama. Minusem powieści jest okładka, która bądźmy szczerzy do najładniejszych nie należy. Sam jej pomysł był świetny, bowiem podobają mi się napisy i wzorki wokół, jednak sama postać na rysunku nie wzbudza we mnie ciepłych uczuć. Amerykańska wersja jest świetna, niestety Polska wypadła fatalnie. Przynajmniej odstrasza tych, co książkę oceniają po okładce i nie odrywa od lektury czytelnika, któremu chce się popatrzeć na obrazek. Polecam gorąco wszystkim fanom "Darów Anioła" i tym, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia.

sobota, 15 października 2011

Rachel Ward "Numery"



"Zapisane w numerach"

Wśród królujących wszechobecnie paranormali ciężko znaleźć coś innego, wyróżniającego się, ciekawego. Właściwie początkowo sama nie zwracałam uwagi na tą książkę, bowiem co pasjonującego mogłoby być w powieści pod tytułem "Numery"? Że niby historia o cyferkach, tak? Wybaczcie, ale będąc dzieckiem naoglądałam się "Jedyneczki" i jakoś mnie nie przekonywał ten tytuł i tak było do czasu, aż z nudów skusiłam się i przeczytałam opis. Wtedy coś mnie tknęło i jestem z tego powodu dumna. Uciekając przed paranormalnymi opowieściami trafiłam na wspaniałą lekturę.

Jem od dziecka je widzi. Numery są wszędzie, gdzie tylko pojawiają się ludzie. Są już częścią jej życia, a raczej egzystencji. Bowiem wszyscy ludzie w od dnia narodzin mają przypisaną datę śmierci. I Jem ją zna. Wystarczy, że spojrzy komuś w oczy. Jest niczym maszyna czytająca kod kreskowy - PIP - i już odczytane! Właśnie dlatego unika wszelkich kontaktów, izoluje się. Nie chce, a także boi się przywiązać do kogokolwiek, bo wie, że ten ktoś prędzej, czy później umrze. A ona wie kiedy.

Sprawy komplikują się, gdy Jem wybiera się na wycieczkę do London Eye. Nagle okazuje się, że wszyscy wokół mają takie same numery, które wskazują na to, że ci ludzie zaraz zginą. Jem na szczęście w porę ucieka. Niestety, od tej chwili jest także podejrzana. Staje się niebezpieczną terrorystką w oczach policji. Musi uciekać. Nie może zostać. Wezmą ją przecież za wariatkę, jeśli powie prawdę. Jak skończy się wycieczka? Czy Jem ucieknie od starego, nic niewartego życia?

Bardzo zaintrygowała mnie umiejętność Jem. Jeszcze w żadnej książce bohater nie posiadał takiej umiejętności. Zdarzało się, że widział aury, duchy, potrafił powiedzieć, gdzie jest osoba zaginiona, ale data śmierci? Trochę przypomina mi to "Kostkę Śmierci", tylko tam określano około ilu lat będzie żył człowiek i ustalała to sama Śmierć, a tutaj znana jest już konkretna data. Właściwie, czy ktoś z Was zastanawiał się, jak to jest być jak taka maszyna, co czyta kody kreskowe? Tutaj kodem jest numer, a on powie Nam prawie wszystko. Przydatna umiejętność - powiecie. Ale nie dla głównej bohaterki. Dla niej to przekleństwo, kara. Co jej przyjdzie z tego, że zna datę śmierci, skoro nie może jej zapobiec? A może potrafi, tylko jeszcze o tym nie wie?

Właściwie to koło tego pytania kręci się cała akcja. W książce dzieje się dużo, ale głównym problemem i zagadnieniem, które czytelnika do niej ciągnie, jest to, czy Numery się sprawdzą i czy nie ma od nich odwrotu. Bo jeśli tak, to można zmienić wiele rzeczy.

Z taką historią się jeszcze nie spotkałam, więc książkę czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Z thrilerami nie miałam wiele do czynienia w swoim życiu, to jednak ten mi się bardzo spodobał i dzięki niemu całkowicie przekonałam się do tego gatunku. Klimat powieści i odpowiedni język czynią książkę interesującą, ale także rzeczywistą. Wartka akcja dopełnia całości. Czułam dreszczyk, a podczas lektury towarzyszyło mi wiele emocji.

Styl autorki jest młodzieżowy, ale nie jest to slang, chociaż w dialogach występują przekleństwa. Nie powinniśmy się jednak temu dziwić - pisze o trudnej młodzieży, a właśnie taki jest język, którym się ona na co dzień posługuje. Jest to debiut autorki i jestem pod wrażeniem tego, jak realistyczna jest ta powieść. No, może nie licząc pewnej zdolności bohaterki, ale to przecież oczywiste. Myślę, że pisarka jest bardzo utalentowana i posiada potencjał, który w pełni wykorzystuje.

Jem to osoba dziwna. Raz ją lubiłam, raz mnie denerwowała. Miała dość dziwne spojrzenie na świat, ale wynikało ono z jej sytuacji. Sami pomyślcie - wszyscy dookoła umierają - Wasi rodziców, sąsiedzi, bracia, siostry - jak byście się czuli? I Wy wiecie o tym, kiedy to nastąpi, ale nie możecie nikomu tego powiedzieć - przecież przy odrobinie szczęścia co najwyżej zamknęli by Was w wariatkowie i poddali praniu mózgu. Dziewczyna wiele przeżyła, ma trudny charakter. Jest uparta, wytrwała, ale też boi się życia, a raczej śmierci. I to właśnie dlatego nie jest w stanie cieszyć się nim. Podczas ucieczki ciągle tylko nadsłuchuje, czy jej nikt nie śledzi - rozumiem, boi się tego i lepiej być przezornym, ale bez przesady - ciągłe banie się robi się w końcu irytujące.

Prócz głównej bohaterki bardzo ważną postacią był też Pająk - kolega ze szkoły, a raczej z wagarów. On też ma podobne spojrzenie na świat, co Nasza bohaterka. Jak większość nastolatków płci męskiej ma problemy z higieną, a ponadto lubi zapalić, a do szkoły chodzi okazjonalnie. Bardzo interesującą postacią była też jego babcia - taka odlotowa staruszka. Niewielu bohaterów odegrało tutaj dużą rolę, gdyż uciekając Jem robiła to samotnie, unikała ludzi. Jednak to nie przeszkadzało, tylko wzbudzało jeszcze większe zainteresowanie.

Po dłuższej i wnikliwej obserwacji okazało się również, że okładka powieści jest bardziej interesująca, niż wydawało się początkowo. Wystarczyło spojrzeć pod odpowiednim kątem i wszystko nabrało innego wyrazu. Dzięki temu moja opinia o szacie graficznej podniosła się do góry o cały stopień i stała się jedną z moich ulubionych. Ah, te cyferki!

"Czas uciekać" - to zdanie kojarzy mi się idealnie z książką. Perfekcyjnie opisują sytuację Jem i myślę, że są jak najbardziej trafne. Mówią więcej, niż całe zdania.

Najbardziej zaskoczyło mnie zakończenie. Nie myślałam, że autorka w taki sposób zakończy historię. Myślę, że odwaliła kawał dobrej roboty i ten kawał dobrej roboty Wam polecam! Czytajcie "Numery", a ja tymczasem urządzę polowanie na część drugą!


***

Kilka słów od autorki - nadszedł rok szkolny, a co za tym idzie mam mniej czasu na czytanie zarówno książek, jak i recenzji. Przepraszam, że tak rzadko czytam Wasze blogi, ale nawał nauki mnie przytłacza. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się to robić regularnie :)

sobota, 8 października 2011

Celine Kiernan "Zatruty Tron"



"Dom nie do poznania"

Celine Kiernan to znana ilustratorka, pisarka i animatorka filmów rysunkowych. Urodzona i wychowana w Dablinie, obecnie mieszka w hrabstwie Cavan i mężem i dziećmi. Jej debiut literacki to "Zatruty Tron", pierwsza część Trylogii Moorehawke, do której zachęciły mnie pozytywne recenzje na portalu LubimyCzytac i Waszych blogach.

Gdy po raz pierwszy usłyszałam "Trylogia Moorehawke" nie wywołało to we mnie pozytywnych uczuć. Zalała mnie fala dziwnych skojarzeń. Wody do czary dolał także moment, w którym dowiedziałam się, że to cykl fantazy. W mojej głowie od razu zagościła nazwa "Trylogia Marchewka" i tak już zostało na długi, długi czas. Dopiero wiele pozytywnych recenzji i przeczytanie opisu na okładce przekonało mnie, że być może nie będzie to książka o przegotowanym warzywku w tarapatach.

Wynter, córka Lorda Obrońcy Moorehawke wraca do domu po wielu latach spędzonych na dalekiej północy i to, co zastaje wielce ją zdumiewa. Nikt już nie rozmawia z kotami, duchy formalnie nie istnieją, a klatki i szubienice wróciły do łask. W królestwie dzieje się coś niedobrego. Król Jonathon przecież nie dopuściłby do czegoś takiego!

Jej dawny przyjaciel z dzieciństwa, Albi, prawowity następca trony zostaje uznany martwym za życia, a jego brat, Razi, zmuszony, by zająć jego miejsce.

Co zrobi Wynter? Zostawi przyjaciół na łasce lodu i wyjedzie, czy też zostanie i będzie wypełniać rozkazy króla? A może stawi opór? Sprawy komplikuje choroba ojca, a także podejrzany przyjaciel Raziego, Christopher Garrow.

Jest to książka fantasy, ale bohaterowie żyją w średniowiecznej Europie. Nawet mapka na wewnętrznej stronie okładki to potwierdza. Mimo, iż zgadzają się miejsca, zaawansowanie techniczne, a nawet religia, to autorka dodała tam coś od siebie, wplatając w historię elementy fantastyczne, takie jak duchy, gadające koty, czy też wilkołaki. To wszystko ładnie się ze sobą łączy, tworząc zgrabną całość. Jeszcze się nie spotkałam z czymś takim. Zaskoczyło mnie to bardzo pozytywnie. Magia, jako sama w sobie nie występuje, a to, co już istnieje, jest tak naturalne, jak powietrze, czy woda.

Bohaterowie są stworzeni z niezwykłą starannością. Miałam wrażenie, że są namacalni, że mogę ich dotknąć. Wynter to odważna i samodzielna istota. Ojciec nauczył ją zawodu, by mogła radzić sobie sama, gdy jego zabraknie. Podarował jej niezależność, by w przyszłości mogła sama się utrzymać, a nie tylko wyjść za mąż, rodzić dzieci i spędzać czas wśród garów. Nic dziwnego, jaka była jej reakcja na spotkaniu z Christopherem. Bardzo podobały mi się opisy ich relacji. To, jak początkowo skakali sobie do gardeł było niesamowite! Nawet lepsze od scen w "Spętanych przez Bogów", gdzie bohaterowie chcieli się pozabijać. I ta zazdrość o Raziego... Bardzo interesujące były też stopniowe zmiany w ich wzajemnym nastawieniu do siebie.

Czytając książkę nie nastawiłam się na żaden wątek miłosny, bo takowego się nie spodziewałam. Po prostu nikogo nie widziałam w roli potencjalnego ukochanego głównej bohaterki. Bo przecież nie król Jonathon! A tu nagle BAM! Niczym grom z jasnego nieba coś się pojawia na ostatnich kartach powieści. Nawet nie zauważyłam, jak się to uczucie rozwinęło. Może nie wpadłabym na taki pomysł, gdybym to ja zarządzała losami bohaterów, ale muszę przyznać, że to rozwiązanie mi się spodobało.

Początkowo akcja toczy się bez oporu, ale raczej niespiesznie, lecz z każdą stronicą się rozwija. Poznajemy co raz więcej szczegółów i wkraczamy do świata przedstawionego. Gdy jednak zostajemy do niego wprowadzeni, zaczyna się coś dziać, a z każdą kolejną stronicą machina jest jeszcze bardziej napędzana. W ostatnich stronach czułam się, jakbym leciała z górki na pazurki i nie mogła wyhamować.

Wszystko, co dzieje się w książce, rozgrywa się wokół dworu króla Jonathona, a tak właściwie to w nim. Dla mnie nie jest to minusem, gdyż autorka wymyśliła taką ciekawą historię, że nie zastanawiałam się nad tym, co się dzieje "za płotem" i nie narzekałam na nudę.

Autorka napisała tę powieść w lekki, wdzięczny sposób. Jej styl nie był ani młodzieżowy, ani średniowieczny. Taki... uniwersalny? Sama nie wiem, jak to określić. Z jednej strony oddawał klimat epoki, a z drugiej był miły i lekki w odbiorze. To dzięki niemu lektura była przyjemna. Rozdziały są krótkie, ale utrzymują ciekawość i wzmagają apetyt. Dzięki nim miałam czas na lekturę, bowiem można zacząć czytać podczas jazdy tramwajem, lub w poczekalni u lekarza. Była to dobra rozrywka, którą można dokończyć w każdej chwili.

Książka ma bardzo ciekawe zakończenie. Aż cisną mi się na usta słowa "Co? Tylko tyle? Ja chcę jeszcze!", bowiem autorka przerwała w jednym z najciekawszych momentów w całej powieści. Nie wiem, jak mogła mi to zrobić. Dzięki Niebiosom, następna część jest już dostępna na rynku, więc długo nie będę tęsknić. Mam nadzieję, że doczekam się premiery trzeciej, bo na samą myśl o drugiej nie mogę usiedzieć na tyłku.

Jeszcze wtrącę kilka słów o postaciach - jest ich cała galeria. Można przebierać ile wlezie. Każdy znajdzie kogoś, kogo polubi - dobrego, troskliwego Raziego, wesołego Chritophera, silnego i dumnego :orcana, czy Wynter - pełną odwagi, ciekawską, młodą dziewczynę.

Książkę polecam. Jak się okazało, wcale nie jest pierwszą częścią trylogii o warzywku gotowanym na miękko. To pełna humoru i akcji opowieść o średniowiecznych nastolatkach, intrygach króla i jego poddanych, wzbogacona o nutkę przemocy i brutalności.