poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Trudi Canavan "Nowicjuszka"




„Uczennica Wielkiego Mistrza”

Trudi Canavan to znana na świecie pisarka fantasy. Zadebiutowała opowiadaniem, które później stało się początkiem jej kariery – przerodziło się w pierwszy rozdział znanej i uwielbianej „Gildii Magów”.
Z pierwszym dziełem Trudii Canavan spotkałam się niecały rok temu. Bardzo mi się spodobała pierwsza część „Trylogii Czarnego Maga”. Byłam nią niezmiernie oczarowana i wprost nie mogłam się doczekać momentu, kiedy sięgnę po kolejną część przygód Sonei.
Początkowo w wytęsknieniem czekałam na dalsze losy dziewczyny, jednak później w mojej głowie pojawiła się obawa, czy aby spełni moje oczekiwania. Gdy jednak sięgnęłam po „Nowicjuszkę” mój niepokój zniknął.
Sonea rozpoczyna pierwszy rok nauki. Niestety, przez jej pochodzenie, inni uczniowie nie są dla niej życzliwi. Dziewczyna musi mierzyć się z szyderstwami, obledami i docinkami na każdym kroku. Nie pomaga jej nawet przyjęcie mentorstwa Wielkiego Mistrza, którego Sonea strasznie się boi. Bowiem skrywa on sekret tak mroczny, jak czarne są jego szaty.
Sonea to jedna z najmniej irytujących bohaterek pod słońcem. Jej charakter, zachowanie, sposób mówienia – wszystko to jest zgodne z moimi oczekiwaniami. Nie mam również żadnych zastrzeżeń dotyczących innych bohaterów.
Styl pani Canavan jest dość specyficzny – oryginalny i niepowtarzalny. Gdybym miała wybrać autora, którego język najbardziej mi się podoba i którego chciałabym naśladować, sądzę, że byłaby nim właśnie ona. Ma bardzo ciekawe pomysły i potrafi je w interesujący sposób przelać na papier. Przygody Sonei (choć teraz to już właściwie nie tylko jej) są niesamowite – odpowiednia ilość opisów, podział na ważne i mniej ważne wątki, ale wszystkie są kontynuowane – nie ma zapomnianych, lub urwanych. Jedyne na co czekam to pewien wątek romantyczny, bowiem już od samego początku uważam, że takowy powinien zaistnieć, Owszem, są inne (nawet te nie damsko-męskie), ale na ten jeden będę czekać z utęsknieniem nawet, jeśli się okaże, że go tam nie ma.
Książka posiada niesamowity klimat. Świat wykreowany przez panią Canavan jest naprawdę cudowny. Mimo znacznych różnic między nim, a naszym, można dostrzec wiele podobieństw, chociażby różnorodność ras, kultur, czy choćby klimatu, co w „Nowicjuszce” można łatwo dostrzec, bowiem wraz z jednym z bohaterów wyruszymy w podróż.
Właściwie to dzięki ten wyprawie mamy okazję lepiej przyjrzeć się Wielkiemu Mistrzowi Akkarinowi, a ta historia staje się prawdziwą Trylogią Czarnego Maga, bowiem mężczyzna zaczyna odgrywać w niej coraz większą rolę. W „Gildi Magów” jego postać została ledwie wspomniana, pojawił się kilka razy w niektórych momentach, ale na tym koniec. Tu zaś pojawia się częściej, niż niektórzy by sobie tego życzyli.
Za to sam Akkarin był i jest postacią o wielu tajemnicach. Wciąż próbuję do rozgryźć, ale nie jest to łatwe. Z jednej strony jestem świadoma jego czynów, z drugiej zaś zastanawiam się nad ich przyczyną, bowiem nie ma dymu bez ognia, prawda? Z jednej strony chciałabym, żeby Akkarin okazał się „tym złym”, żeby doszło do pojedynku, żeby polała się krew… No, wiecie o co mi chodzi. Z drugiej zaś myślę, że to byłoby zbyt proste rozwiązanie. Owszem, możliwe, więc go nie wykluczam, ale sądzę, że to tylko „zło pośrednie”, co daje mi do zrozumienia zakończenie „Nowicjuszki”, a raczej ja takie wnioski wysuwam.
Muszę przyznać, że pani Canavan bardzo miło mnie zaskoczyła ukazując w swojej książce Soneę, jako normalną dziewczynę, która także ma swoje słabości, nie zawsze wykorzystuje swoje zalety i po prostu popełnia błędy. Wydawała się dzięki temu ludzka.
Co się tyczy zakończenia – równie spektakularne, jak w poprzednim tomie. Odniosłam wrażenie, że autorka specjalnie podkręcała atmosferę przed finałem, by zakończyć go jakimś wielkim wybuchem, by tam czymś zaskoczyć.
Jak dla mnie „Nowicjuszka” jest jak połączenie „Harry’ego Pottera” i „Władcy Pierścieni”, przyprawiona odrobiną jakiejś dobrej książki dla nastolatek… Coś w stylu Meg Cabot. Idealnie trafiła w mój gust i sprostała oczekiwaniom. Co tu dużo mówić? Jak dla mnie bomba!
Boska książka!

10/10

"Trylogia Czarnego Maga" - Trudi Canavan
  1. Gildia Magów - RECENZJA
  2. Nowicjuszka 
  3. Wielki Mistrz

sobota, 28 kwietnia 2012

Jennifer Brown "Nienawiść"




„Życzę ci śmierci”

Czy kiedykolwiek życzyliście komuś śmierci? Może nie tyle, że w głębi serca powtarzaliście z nienawiści: „Dobrze by ci było, gdybyś zdechł”, co zwyczajne powiedzenie do kogoś: „Zabiję cię!”. Wystarczy zły humor, sprzeczka, a już w wyniku gniewu coś takiego ciśnie się nam na usta. Czasem nawet orientujemy się już po fakcie, że coś takiego zrobiliśmy. Że powiedzieliśmy komuś, by spadał na tamten świat. A gdyby tak… te nasze wszystkie życzenia… zaczęły się spełniać? Ile osób by zginęło przez Twój kaprys?
Nick, chłopak Valerine, rozpoczął tamto piekło. Wyją pistolet i na oczach wszystkich zaczął strzelać. Według listy. A potem sam się zabił.

„Dziewczyna, która nienawidzi wszystkich”

Val musi teraz wrócić do szkoły – do miejsca, w którym jest jednocześnie bohaterką i zbrodniarką. Bo to ona wymyśliła tę listę. Teraz musi wejść do szkoły i spojrzeć innym w twarz, wiedząc, że to za jej sprawką ich najbliżsi przyjaciele nie żyją.
Sytuacja w której znalazła się dziewczyna nie jest prosta. Znalazła się na krawędzi i tylko krok dzieli ją od przepaści. To ona zawiniła, bo to ona stworzyła listę „Do odstrzału”, na którą wraz z swoim chłopakiem wpisywali wszystko i wszystkich, czego nienawidzą, chociaż to nie ona pociągnęła za spust. Co z tego, że powstrzymała Nicka przed zastrzeleniem jednej z najbardziej nie lubianej przez nich koleżanki. Jakbyście się czuli na jej miejscu? A jak byście ją ocenili, gdyby to wasi przyjaciele zginęli?
Ta książka jest niesamowita. Jej klimat wprost przeszywa mnie na wylot. Historia tej dziewczyny, choć fikcyjna, okazała się niezwykle ciekawa. Przeszłość przeplatała się z teraźniejszością tworząc swego rodzaju pętlę czasową, w której uwięziona została główna bohaterka. Choć powinna odrzucić przeszłość i zająć się teraźniejszością i przyszłością, to jak to zrobić, kiedy wszyscy wokół ciebie wciąż wypominają ci tamten dzień, który był Piekłem nie tylko dla nich, ale także i dla ciebie. I co, jeśli nie wszyscy ograniczą się do werbalnych sposobów, typu komentarzy i sięgną po te fizyczne?
Pierwszoosobowa narracja z punktu widzenia Valerine pozwala nam wyczuć bardzo dokładnie wszystkie emocje. Ta powieść niesamowicie porusza. Dlaczego? Bo problemy rodzą problemy. To prawie jak podział komórki, albo nawet jeszcze gorzej – fragmentacja plechy, bądź też pączkowanie.
Główna bohaterka walczy z wiatrakami i właściwie to sama nie wie, czego chce – czy tylko się bronić, czy atakować. A może… po prostu się poddać?
W tym dziele nie znajdziecie wątków fantastycznych, zaś niezwykłą fabułę, poruszające i ciekawe wątki, a także skomplikowanych bohaterów. Akcja rozgrywa się w USA, co nadaje jej dość uniwersalny charakter. Miałam wrażenie, że to wszystko działo się obok mnie. Ogromna ilość uczuć, które targają główną bohaterką udziela się także czytelnikowi.
Myślę, że autorka włożyła w tę powieść dużo pracy. Jest bardzo interesująca i pokazuje momentami dość przerażające rzeczy, bądź też takie, w które nie chcielibyśmy normalnie uwierzyć.
Ponadto podoba mi się oprawa graficzna. Trochę mnie dziwi, czemu o tej książce słyszy się tak niewiele, podczas gdy o innych o podobnej tematyce np. powieściach Jodi Picoult, słyszeli prawie wszyscy, którzy mają tako-takie pojęcie o literaturze. Uważam, że ta książka nie została wystarczająco doceniona, przynajmniej w Polsce.
Bardzo mi się podobała ta pozycja. Niesamowicie działa na psychikę człowieka i zmienia jego tok myślenia. Wprost nie do pomyślenia jest to, że podobne rzeczy mają miejsce na świecie, i w każdej chwili mogą zdarzyć się i tu. U nas. U ciebie, lub u mnie. W naszych pozornie bezpiecznych gniazdkach.

9/10

sobota, 14 kwietnia 2012

Rick Riordan "Syn Neptuna"




„Rzymianie atakują!”

            Rick Riordan to jeden z moich ulubionych pisarzy. Uwielbiam wszystko, co stworzy jego pióro. Dlaczego? Jego książki są przezabawne, lekkie i przyjemne w odbiorze. Dużo się w nich dzieje, a ponadto są bogate w wiedzę. Jak się spisał „Syn Neptuna”? O tym już za chwilę.
Rick Riordan to autor wielu książek dla młodzieży. Prawdziwą sławę zdobył dzięki serii „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”, której pierwsza część, „Złodziej Pioruna”, doczekała się ekranizacji. Opowiada ona o młodym chłopaku, który pewnego dnia dowiaduje się, że jest potomkiem greckiego boga. „Olimpijscy Herosi” to kolejna seria o świecie znanym nam już z przygód Percy’ego. Są one ze sobą powiązane, jednak nie trzeba czytać pierwszej z nich, by móc sięgnąć po drugą, bo każda z nich tworzy odrębną historię.
W „Zagubionym Herosie” poznajemy Jasona, który utracił pamięć, Piper i Leo. Ta trójka herosów wyrusza na niebezpieczną misję na spiżowym smoku. Akcja rozgrywa się w znanym nam już z „Percy’ego Jacksona…” Obozie Herosów. Owszem, wciąż jest zaskakujący, jednak świeża krew by nie zaszkodziła. I wtedy do akcji wkracza „Syn Neptuna”.
Macie pozdrowienia od Percy’ego.
Co u niego słychać?
Lepiej chyba nie pytać.
Tak właściwie, to wszystko się dzieje po staremu – goni za nim stado gorgon, a on im ledwo ucieka. Nic specjalnego, bo przecież wszyscy wiemy, że herosi, a w szczególności Percy, przyciągają kłopoty. Taka sytuacja, jak ta, to typowy dzień półboga. Jednak to nie wszystko, bowiem chłopak stracił pamięć. Jedyne co pamięta, to twarz jednej dziewczyny… Annabeth. Tymczasem trafia on do Obozu Jupiter – jednostki szkolącej rzymskich legionistów, utworzonej przez Dwunasty Legion. Niestety, nie czekają tam na niego z otwartymi ramionami. Można by rzec, że czeka go tam prawdziwa szkoła. W dodatku jego ojcem jest Neptun, co nie przysparza mu wielu przyjaciół.
To było to! Właśnie tego mi było trzeba! Nowego miejsca zdarzeń i odrobiny różnorodności w tle. Mitologia rzymska idealnie pasuje do tej historii. Obóz Jupiter jest pełen tajemnic, a także świeżej krwi, zagadek. Jedyną osobą, którą znałam wcześniej był właśnie Percy (no dobra, może nie jedyną, ale o tej drugiej nie powinnam wspominać, bowiem jej pojawienie się było dla mnie wielką niespodzianką i mam nadzieję, że dla was też nią będzie), a reszta bohaterów jest dla nas wielką niewiadomą. Nawet Hazel i Frank, którzy w tej historii są nie mniej ważni od Percy’ego i odgrywają w niej główną rolę, stanowili pewne wyzwanie. Tak się stęskniłam za arogancją i humorem Jacksona, że nawet sobie nie wyobrażałam książki bez niego. Czas odkryć sekrety Rzymian!
W tej książce autor wciąż nas zaskakuje, mimo, iż w poprzedniej części zaczynała się wzmianka o rzymskiej mitologii. Bohaterowie są realistyczni, a każde z nich ma jakieś indywidualne cechy. Pocieszny Frank, „mocny w gębie” Oktawian, waleczna Reyna, czy nie lubiąca sera harpia. Zostajemy po raz kolejny wprowadzeni do świata, gdzie bogini tęczy prowadzi sklep z ekologiczną żywnością, możecie zadzwonić na skypa do Plutona(Hadesa), złożyć zażalenie do Tanatosa (Śmierci), czy dołączyć do Amazonek i prowadzić sklep internetowy Amazon, a w wolnych chwilach ćwiczyć jazdę na wózku widłowym.
Akcja pędzi jak szalona – ciągle coś się dzieje – a to walka, a to intryga, a to ktoś przed kimś ucieka, a to kogoś gonią dla odmiany. Wszędzie zagadki, więc nie można się nudzić! Zabawne dialogi i bogata fabuła tylko podkręcają atmosferę. Lekki i młodzieżowy styl autora sprawia, że powieść czyta się szybciutko i ciężko przerwać lekturę!
Narracja trzecioosobowa z punktu widzenia trzech różnych bohaterów: Hazel, Franka i Percy’ego, dostarcza nam wielu wrażeń. Pozwala bliżej przyjrzeć się postaci, a także popatrzeć na świat przez trzy różne pryzmaty. To niesamowite, jak różni się świat, kiedy patrzy na niego ktoś inny!
Myślę jednak, że bardziej odpowiadałaby mi pierwszoosobowa narracja, jak w Kronikach Rodu Kane, czy Percy’m Jacksone i Bogach Olimpijskich. Była nie tylko bardziej zabawna, lecz można było lepiej poznać uczucia bohaterów, co nie oznacza, że mam tej coś do zarzucenia! Po prostu mówię, co byłoby moim zdaniem lepsze.
Niesamowity świat wykreowany przez autora, jak zwykle pozwala nam dużo się dowiedzieć. Książki Ricka Riordana to niesamowita kopalnia mitów. Tym razem lepiej poznajemy te rzymskie, a także uzupełniamy swoją wiedzę (bądź jej brak – tak jak w moim przypadku) o gigantach. Muszę przyznać, że to właśnie przez książki tego autora zaczęłam tak interesować się mitologią. Może to dlatego, że z tych lektur wreszcie dane mi było coś zapamiętać?
Piękna okładka oczywiście przedstawia jeden z moich ulubionych momentów. Byłam wtedy niesamowicie poruszona, a tu nagle takie coś! Za to finał wprost pokochałam. Nie mogę się przez niego doczekać kolejnej części, bowiem moment na który czekam najbardziej właśnie nadejdzie wraz z nią. I za to najbardziej nienawidzę tego autora – kończy książki w takim momencie, kiedy człowiek myśli, że już się wszystko skończyło, a tu nagle BUM! Coś nowego wkracza do akcji i… koniec.
Uwielbiam „Syna Neptuna”. To świetna kontynuacja i bardzo dobra książka młodzieżowa. Mogę z wielką przyjemnością oznajmić, że zdała egzamin śpiewająco i wpisać ją do kolejki książek, które podepchnę bratu, kiedy tylko podrośnie.

10/10 

"Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" - Rick Riordan

  1. Złodziej Pioruna - RECENZJA
  2. Morze Potworów - RECENZJA
  3. Klątwa Tytana - RECENZJA
  4. Bitwa w Labiryncie - RECENZJA
  5. Ostatni Olimpijczyk - RECENZJA

"Olimpijscy Herosi" - Rick Riordan

  1. Zagubiony Heros - RECENZJA

"Kroniki Rodu Kane" - Rick Riordan

  1. Czerwona Piramida - RECENZJA
  2. Ognisty Tron - RECENZJA


Zapraszam także do zapoznania się z recenzją "Artemisa Fowla" - KLIK

środa, 4 kwietnia 2012

Kerstin Gier "Zieleń Szmaragdu"




„O podróżach w czasie i sercu z marcepanu”

„Trylogia Czasu” to najnowszy fenomen na naszym rynku. Nic dziwnego, że sprzedaje się jak świeże bułeczki nie tylko w Niemczech, lecz i na całym świecie, a na portalach internetowych i forach pojawiają się prawie same pozytywne opnie (zawsze trafi się ktoś, komu coś się nie spodoba, ale pamiętajmy, że wyjątki potwierdzają regułę).
Bardzo ciężko oprzeć się urokowi tej trylogii, a kiedy rozpocznie się już przygoda, naprawdę ciężko jest się jej oprzeć, czego mam nadzieję, nie tylko ja jestem najlepszym przykładem.
Jej autorka, Kerstin Gier, to niemiecka pisarka powieści dla kobiet i młodzieży. W Polsce, oprócz „Trylogii Czasu” („Czerwień Rubinu”, :Błękit Szafiru” oraz „Zieleń Szmaragdu”), jest znana z „Z Deszczu Pod Rynnę”, a wkrótce ukaże się także jej kolejna książka pt.„Kasa, Forsa, Szmal”.
Gwen jest podróżniczką w czasie.
Której ktoś złamał serce.
A co robi dziewczyna, której ktoś złamał serce? Gada z najlepszą przyjaciółką przez telefon, dopóki siła wyższa w postaci rozładowanej baterii komórki, nie każe jej przestać.
Dziewczyna ma niemały mętlik w głowie, bowiem sama już nie wie, komu ufać. Teoria Lucy i Paula wydaje się być coraz bardziej przekonująca, a hrabia de Saint German bardziej złowieszczy i o mniej przyjaznych zamiarach niż na początku, kiedy nie wydawało się, że nie ma ich wcale.
Więcej nie zdradzę, bo to mogłoby wam tylko popsuć całą zabawę. Możecie mi wierzyć bądź nie, ale tak będzie najlepiej.
Gdy skończyłam część drugą nie mogłam doczekać się kolejnej. Teraz mogę z dumą oznajmić, że każda sekunda oczekiwania była tego warta. Bo „Zieleń Szmaragdu była naprawdę niesamowita!
Gwendolyn, jako jedna z niewielu żeńskich bohaterek książek młodzieżowych, nie denerwowała mnie ani przez sekundę w ciągu całej mojej przygody z „Trylogią Czasu”, bowiem to zdarza się naprawdę rzadko – nawet Clary z „Darów Anioła” robiła to przynajmniej raz na dwadzieścia stron. Gwen była taka młodzieńcza i taka realistyczna, że gdy płakała, miałam ochotę robić to razem z nią. Jednak powstrzymywała mnie myśl, że każda łza to kilka sekund opóźnienia w czytaniu, a ja wręcz musiałam wiedzieć, co będzie dalej. Przerwania lektury bym przecież nie zniosła!
Xemerius był także cudowny. Jego zabawne komentarze umilały mi niezwykle i tak miłą lekturę („Cmok, cmok, wielki smok”). Powinien dostać nagrodę na najlepszego ducha demona-gargulca na świecie!
Gideon wciąż mnie zachwycał, mimo, iż zrobił to, co zrobił. Nie miałam mu nawet za złe, że w jego obecności Gwen miękły kolana! Jego postawa, wygląd, deska do prasowania obok fortepianu i słowa sprawiały, że nie tylko główna bohaterka rumieniła się jak burak, gdy się pojawiał. Wprost szczerzyłam się jak głupia do książki, gdy tylko się pojawiał, a że robił to dość często, musiało to głupio wyglądać.
Ponadto bardzo polubiłam Rachela i jeszcze bardziej Leslie. Nawet pokochałam złowieszczego hrabiego! Ta pisarka potrafiłaby sprawić, że polubiłabym nawet bazyliszka! Jej styl jest niesłychanie lekki i młodzieńczy. Pomysły też ma niebanalne, przez co nie można oderwać się od jej książek.
Pani Gier wykazała się niezwykłą kreatywnością, bowiem ta książka zaskakiwała mnie na całej linii frontu. Nie dość, że stworzyła tak cudownych bohaterów, to jeszcze świetną i ciekawą fabułę. Żeby tego było mało przedstawiła to wszystko niezwykle zabawnie i młodzieżowo. To prawdziwy majstersztyk! Nic dziwnego, że książki tej autorki są tak popularne!
Akcja pędzi jak szalona, a z każdą chwilą dowiadujemy się jeszcze więcej. Książka opisuje zaledwie kilka dni z życia podróżniczki w czasie, a jest ciekawsza, niż wszystkie siedem lat z życia Harry’ego Pottera! W dodatku niesamowicie wciąga! Przez nią straciłam zdolność wysławiania się, a niestety, akurat po tej lekturze muszę odreagować w postaci szalonego gadania na prawo i lewo, jak nigdy dotąd! Nawet „Insygnia Śmierci” nie odjęły mi tak mowy, jak „Zieleń Szmaragdu”! 


Zakończenie także bardzo mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że tak niektóre sprawy będą wyglądać. Mimo, iż dowiedziałam się wiele, to pani Gier nie zaspokoiła mojej ciekawości do końca, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Tych kilka spraw, które pozostały do wyjaśnienia, nadają tej historii nutkę tajemniczości i sprawią, że zapamiętam tę książkę do końca życia!

10/10


"Zieleń Szmaragdu"


Ponadto trylogia doczeka się swojej ekranizacji - co prawda niemieckiej, ale gadanina ujdzie w tle xD

A oto link do dodanej dzisiaj recenzji "Trzech Muszkieterów" - <KLIK>


(Śliczny obrazek znaleziony w internecie przez bodajże Tirindeth - źródło)

Aleksander Dumas "Trzej Muszkieterowie"




„O trzech takich, co lubili jeść i pić, niekoniecznie to, co zdrowe, pewnym młodzieńcu o wielkich ambicjach, mściwej i przebiegłej panience oraz niecnych planach kardynała, opowieść prawdziwa”

Aleksander Dumas to francuski powieściopisarz i dramaturg. Zyskał sławę jako autor licznych powieści historyczno-przygodowych, które urzekają barwą i sensacyjną fabułą. Stworzył zarówno przygody dzielnych muszkieterów królewskich, jak i losy hrabiego Monte Cisto, które mogą uchodzić za wieczne, ponadczasowe, bowiem doczekały się wielu ekranizacji, a czekają na nie kolejne.
Uwielbiam historię. A to, że nie cierpię dat, to inna sprawa. Ale zacznijmy od początku.
Młody chłopiec z Gaskonii podróżuje posiadając niewiele – ma ledwie kilka monet w sakiewce, starego konia i list. To właśnie on stanowi największą wartość dla chłopca. Nie, nie koń, ale on też jest cenny. Od listu zależy jego przyszłość. Jedzie tak do Paryża, bowiem jego marzeniem jest bycie muszkieterem królewskim. Niestety, nie wszystko jest takie proste, jakby się wydawało.
Wskutek pewnych wydarzeń list zostaje mu odebrany. Młodzieniec jednak mimo wszystko nie traci nadziei. Udaje się do stolicy, gdzie poznaje trzech zacnych jegomościów – Atosa, Portosa i Aramisa. Niestety, ich także nie poznaje w sprzyjających okolicznościach.
Czyżbym o czymś zapomniała?
Ah, tak!
Nazywa się d’Artagnan.
Bardzo polubiłam głównego bohatera. Jego odwaga, honor, inteligencja (choć nie zawsze używana) i spryt bardzo przypadły mi do gustu, a niechęć do nauki i niedostateczna znajomość łaciny, przypomina mi o moich zmaganiach z językiem niemieckim. Chłopak ma wielkie serce i jest naprawdę niesamowity. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na jego trzech kompanów – Atosa, Portosa i Aramisa, którzy są równie interesującymi postaciami, co główny bohater. Niedoszły ksiądz, wdowiec i hazardzista, to chyba całkiem dobrze towarzystwo. Lubią dobre winko, pojedynki (zwłaszcza te nielegalne), a także mają niesamowite poczucie humoru.
Jednak z prawdziwą różnorodnością postaci spotykamy się od momentu, gdy królowa zostaje wystawiona na próbę przez jego Eminencję, pana kardynała, a d’Artagnan zostaje poproszony o odzyskanie diamentowych spinek Anny Austriaczki, które podarowała księciu Buckinghamowi. Poznajemy wtedy m.in. piękną i bezwzględną Milady, która jak się później okaże, będzie mieć wiele wspólnego z Atosem, a na dodatek jest jedną z moich ulubionych postaci. Mało tego, jej kreacja jest wprost zachwycająca – przebiegłość, uroda, inteligencja – to właśnie dzięki temu zdobyła moje uznanie. A ponadto nie zawaha się nawet… Ha! Nie powiem! Nie będę psuła całej zabawy!
Początkowo jesteśmy wprowadzani w życie bohatera, jednak dość szybko zostajemy przeniesieni w wir akcji, a fabuła z każdą kolejną stroną robi się coraz bardziej zagmatwana, ale i też ciekawsza. Autor zdaje relacje z tych prawdziwych i wymyślonych przez siebie wydarzeń historycznych w dość oficjalnym języku, jednak muszę przyznać czyta się go znakomicie i wprost nie można oprzeć się przygodzie! Wręcz nagina czasoprzestrzeń!
Dla miłośników romansów powiem, że tego także tu nie zabraknie! Schadzki, miłosne perypetie… Właściwie to bez nich nie byłoby o czym pisać!
Autor potrafi zaskoczyć. Najbardziej zdziwiły mnie ostatnie karty historii, bowiem nie spodziewałam się, do czego zdolni potrafią być muszkieterowie, a tym bardziej delikatna kobieta. Takiego rozwoju akcji się nie spodziewałam, a to oznacza, że autor potrafi zaskoczyć – i robi to nie raz!
Muszę przyznać, że naprawdę rzadko sięgam po dzieła klasyczne. „Prawie nigdy” to chyba najlepsze określenie, jakie przychodzi mi do głowy. Jakoś nie mogłam się przekonać, że coś, co napisane ileś lat temu może mi się podobać. Jednak książka zmieniła moje nastawienie. Nie żałuję, że poświęciłam się tej lekturze, bo jest naprawdę świetna. Tak jak już stwierdziłam – ponadczasowa!
Nie wierzycie?
Sprawdźcie sami!

10/10



KIKLA SŁÓW O FILMIE
Do lektury zachęciła mnie najnowsza ekranizacja z Loganem Lermanem w roli głównej. Owszem, występują pewne niezgodności pomiędzy powieścią, a filmem, lecz nie to jest najważniejsze. Bowiem naprawdę mi się podobał – byłam pod wrażeniem doboru obsady, grą aktorską, a także pomysłowością autora scenariusza.
Owszem, obejmuje on zaledwie część przygód muszkieterów, to jednak dostarcza on rozrywki i dużej dawki pozytywnego nastawienia oraz humoru.